29 kwietnia 2013

MOJA METAMORFOZA - Podsumowanie miesiąca 8

Witajcie!
Dziś kolejny z rzędu poniedziałek, minęły kolejne 4 tygodnie więc nadeszła pora na podsumowanie. 

Powiem Wam szczerze, że nie ma zbyt wiele do podsumowywania, bo w tym miesiącu zarówno miałam problemy z utrzymaniem diety jak i z treningami. Jak nie wypadek to choroba i tak minęły prawie 3 tygodnie. Przestaję już z góry planować cokolwiek, bo widzę, że to nie ma najmniejszego sensu. Za każdym razem gdy obiecuję sobie, że miesiąc będzie bardziej intensywny niż poprzedni okazuje się, że nic z tego nie wychodzi.


Moje efekty po 8 miesiącach:







Aktualne pomiary:



Jak widać pewne rzeczy się zmieniły jak np. waga! Wreszcie zobaczyłam tą upragnioną "6" z przodu nawet jeśli to tylko o 0,1 brakuje do dawnej "7". Bardzo, ale to bardzo mnie to cieszy! Tym bardziej, że ubyło trochę tłuszczyku, a pojawiło się odrobinę więcej mięśni. 

Wymiary z kolei zwariowały!
Biust z miesiąca na miesiąc maleje i dzięki temu już wszystkie wymiary są dwucyfrowe z czego najbardziej cieszy się mój kręgosłup, który ma się znacznie lepiej. W biodrach zaczyna przybywać, bo zauważyłam, że mój tyłek się napompował i podniósł, a reszta praktycznie jest bez większych zmian. Centymetr w jedną czy w drugą stronę nie robi już dla mnie żadnej różnicy.

Wizualnie wiele się nie zmieniło co widać po zdjęciach. Zauważyłam jednak znaczną redukcję cellulitu, podniesione i trochę bardziej zaokrąglone pośladki, a także większe wcięcie w talii. Czuje, że mięśnie są mocniejsze i twardsze, a ciało stało się o wiele bardziej jędrne. Już nawet moje ramiona nie są takie galaretowate jak wcześniej. Mam też znacznie więcej siły co odczuwam szczególnie podczas treningów z obciążeniem, a także dźwigając ciężkie zakupy :)

Jestem coraz bardziej zadowolona ze swojego wyglądu, ale mimo wszystko mogłoby być lepiej! W dalszym ciągu nie widzę w lustrze tego co bym chciała. Teraz na szczęście będę mieć znacznie więcej ruchu i nie mam tu na myśli treningów, a wszelkie aktywności outdoorowe, bo pogoda jest do tego wręcz stworzona! Samochód już prawie odstawiłam na rzecz roweru, a jeśli tylko czas mi na to pozwoli to będę również jeździć na rolkach, bo do biegania chyba jednak się nie nadaję. 

Może gdy wreszcie wyluzuję to wszystko znów ruszy z miejsca? 
Jestem już tak blisko, a jednak... daleko... ale NIE PODDAJE SIĘ! :)


W najbliższym czasie spodziewajcie się kolejnego posta z PODSUMOWANIEM TRENINGÓW, których nie było wiele, ale zawsze coś!
Ściskam Was mocno! Buziaki! 

28 kwietnia 2013

Warsztaty z Ewą Chodakowską i Lefterisem Kavoukisem!

Kochani! 
Dziś witam Was niezwykle zmotywowana, ale i jednocześnie wyjątkowo obolała po wczorajszym wycisku jaki zafundowała mi Ewa Chodakowska na warsztatach, które tym razem odbywały się w Krakowie. To już drugi raz kiedy Com Com Zone był miejscem spędu ludzi kochających treningi i oczekujących efektów. Dlaczego nie piszę "kobiet"? Bo na warsztatach miałyśmy nawet jednego rodzynka płci męskiej! 

Na poprzednie warsztaty niestety nie mogłam dotrzeć, bo miałam egzamin, który później okazał się tylko wpisem, ale wtedy było już za późno. Tym razem postanowiłam się wybrać nawet z czystej ciekawości. Miałam świadomość tego, że ostatnio nie ćwiczyłam zbyt wiele, i że mogę mieć trudności z tak intensywnym i kilkugodzinnym treningiem, ale jakoś sobie poradziłam. Dziś niestety odczuwam tego skutki w postaci niewiarygodnych wręcz zakwasów. Oddałabym królestwo za masaż! 

Z Ewą Chodakowską po treningu
Umęczona, ale szczęśliwa!

Muszę przyznać, że właśnie takiego kopa motywacyjnego teraz potrzebowałam, bo miałam mały kryzys z ćwiczeniami... Nie wiedziałam na jakie treningi się zdecydować, a do tego na wszystko brakowało mi ostatnio czasu. Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tak motywującym przedsięwzięciu. 

Całe warsztaty trwały około 4,5 godziny, a w programie były kolejno:
  • trening z Ewą Chodakowską
  • wykład na temat odżywiania
  • całkowity hardcore, który zafundował nam Lefteris Kavoukis
  • trening z boskim Marcinem (bo chyba tak miał na imię nasz trener - wybaczcie, ale skupiłam się zupełnie na czymś innym :D )
  • odrobina motywacji i coachingu w fajnej, wyciszającej postaci.

To wyjątkowo aktywne sobotnie popołudnie będę odczuwać jeszcze przez długi czas zarówno w mięśniach jak i w motywacji! Muszę przyznać, że kondycyjnie nawet dawałam radę, chociaż pod koniec treningu z "Puzlem" Ewki poczułam swoje kolana i musiałam przerwać. W każdym razie przez cały czas dawałam z siebie absolutnie wszystko! Jestem również pod wielkim wrażeniem tego jak atmosfera może wpłynąć na poziom motywacji. 

Z Ewą - czerwona po treningu :)
Z Ewą Chodakowską i Lefterisem Kavoukisem po ponad 4 godzinach.


Takie warsztaty to coś o wiele więcej niż zwykły trening w zaciszu domowym, szczególnie dla mnie ponieważ od jakiegoś czasu nie ćwiczyłam już z Ewką. Tutaj nie było obijania się, a nawet nie ma się czasu by o tym pomyśleć. Ewa podczas treningów na żywo o wiele bardziej motywuje, ale jednocześnie jest totalną sadystką! Na szczęście po wszystkim każdego przytuli! Moim przekleństwem okazało się to, że z Ewką poznałam się już wcześniej, bo gdy tylko na chwilę przystawałam by złapać oddech to już czułam jej wzrok na sobie i byłam upominana. Chyba wolałabym być zupełnie anonimowa :) 

Jednak to Lefteris zrównał mnie totalnie z podłogą i niesamowicie sponiewierał. Podczas treningów miałam na sobie pulsomierz, który podczas treningu z Ewką pokazywał około 160-180 bpm i około 500-700 kcal/h, natomiast podczas treningu z Lefterisem mój puls doszedł do 195bpm, czyli absolutny max, a spalanie do 900kcal/h. Łącznie spaliłam prawie 1500kcal i 80g tłuszczu (przynajmniej tyle pokazywał pulsomierz). 

Chyba jeszcze nigdy nie dałam sobie takiego wycisku, ale BYŁO WARTO! 











Jeśli tylko będziecie mieć okazję jechać na warsztaty do Ewy to ja z czystym sumieniem Wam to polecam! Nawet w momencie gdy na co dzień nie ćwiczycie z jej programami to myślę, że warto tam być, zobaczyć to na własne oczy i poczuć na własnej skórze. Ja zdecydowanie nie żałuję!

Z Ewą widziałam się ostatnio 3 miesiące temu gdy byłam jej gościem w PnŚ. Wczoraj Ewa sama stwierdziła, że jest mnie połowa, i że kolejnym razem pewnie będzie mnie jeszcze mniej. Te słowa niesamowicie dodały mi energii i zmotywowały do dalszego działania i to do tego stopnia, że mimo zmęczenia mogłam fruwać!


Dostałam również nakaz, że mam nigdy nie przestawać motywować... 



Ale mam też coś dla Was... Moich kochanych czytelniczek:


Ja również trzymam za Was kciuki i nie przestanę motywować!
Buziaki! 

25 kwietnia 2013

RoweLOVE czyli trening na kółkach!

Witajcie ponownie!
Właśnie powróciłam z zaplanowanej wycieczki rowerowej i o dziwo nie złapał mnie deszcz, na który zanosiło się od początku. Całą moją trasę jak zwykle śledziłam za pomocą aplikacji Endomondo. 


Dlaczego rower?
To wyjątkowa forma aktywności fizycznej, która angażuje absolutnie całe nasze ciało! Ja traktuję swój rower dodatkowo jako środek lokomocji po zatłoczonym i zakorkowanym Krakowie. Na szczęście miasto zaczyna być coraz przyjaźniejsze dla rowerzystów i powstaje coraz więcej ścieżek i dróg rowerowych.

Kiedyś codziennie stałam w korkach i choć kocham motoryzację postanowiłam to zmienić i poprosiłam rodziców o przywiezienie mi roweru do Krakowa. Jeżdżę od kwietnia zeszłego roku, a wcześniej nie pamiętam kiedy siedziałam na siodełku :) Chyba jeszcze zanim dostałam prawo jazdy czyli prawie 10 lat temu. Dzięki przeniesieniu się na rower udało mi się zaoszczędzić trochę pieniędzy na benzynie, a kilogramy zaczęły same znikać.

Oczywiście zaraz pojawią się setki wymówek i wątpliwości, które też na początku miałam... że niewygodne, że wszędzie daleko, że za wolno... Też o tym myślałam! Mieszkam na obrzeżach Krakowa więc wszędzie miałabym daleko, a co gorsze to i pod górkę! Jednak to mnie nie wystraszyło, bo szybko przyzwyczaiłam się do pedałowania nawet na uczelnię, czy do znajomych. Niektórych zawsze to dziwiło, bo po co rower skoro mam samochód. A po to by było zdrowiej! Z czasem trasę z punktu A do punktu B zaczęłam pokonywać w porównywalnym czasie jak samochodem doliczając parkowanie, korki, a nawet udawało się szybciej. Na 1 km liczę sobie średnio 4 minuty, by się nigdzie nie spóźnić.

Jestem posiadaczką typowego "górala" z dosyć profesjonalnym osprzętem, który umożliwia mi także jeżdżenie po trudnych trasach w różnych warunkach. W tym roku planuję trochę wypraw terenowo-górsko-leśnych. Postanowiłam również liczyć kilometry i odkładać 50% tego co normalnie wydałabym na benzynę do samochodu czy bilety MPK. Pieniądze, które zaoszczędzę przeznaczę na kupno typowego, miejskiego roweru, a nie ukrywam, że mam już kilka upatrzonych. W lecie uwielbiam chodzić w sukienkach i spódnicach, a na takim rowerze mogłabym jeździć w każdym stroju, a nawet w szpilkach!

Jakie więc są Twoje tłumaczenia?
Na rowerze potrafi jeździć chyba każdy... a jak nie potrafi to najwyższa pora by się nauczyć!
Moja przeciętna trasa ok. 30 km w 2 godziny to 900 kcal mniej, a wcale się przy tym nie męczę.



Jak widać na powyższych wykresach to wcale nie jeżdżę szybko. Moja średnia prędkość to około 15-18 km/h, a tłuszczyk i tak się spala :)

Jeśli zastanawiałyście się kiedyś nad tym czy warto wsiąść na rower to ja mogę Wam zagwarantować, że zdecydowanie warto! Rower to świetne uzupełnienie treningu, a do tego oczywiście szybki i ekologiczny środek transportu. 

Tymczasem ja muszę się ogarnąć po treningu, bo wybieram się na małe spotkanie towarzyskie :)


A tak wyglądałam sobie przed treningiem: 

Wam życzę miłego wieczoru kochani! 
Już niedługo powrócę do Was z kolejnymi postami, bo ostatnio mam 100 pomysłów na minutę. To chyba zasługa dotlenionego mózgu podczas outdoorowych aktywności. 
Buziaki! <3

Zakupy i powrót do treningów z wielkim hukiem!

Dzień dobry :)
Mam nadzieję, że u Was równie dobry jak u mnie... Wreszcie się dzisiaj wyspałam i mam bardzo ambitne plany pojeżdżenia trochę na rowerze po terenie. We wtorek też trochę pojeździłam, bo wreszcie mój znajomy pomógł mi z hamulcami i od razu widać różnicę. Niestety niemal pod samym domem złapała mnie wielka ulewa, która trwała może 5 minut. Nie mogła poczekać kilku minut aż dojadę do domu? :) Mam nadzieję, że dziś deszcz poczeka...

W poniedziałek znów z obłędem w oczach pobiegałam sobie po sklepach chociaż wcale nie miałam takiego zamiaru. Najgorsze jest to, że NIE LUBIĘ ZAKUPÓW! Ale w sumie raz na jakiś czas mogę sobie pozwolić na "małe" zakupowe szaleństwo.

Kupiłam kolejną parę butów... Powoli zaczynam zauważać, że faktycznie mam z tym problem, ale póki jeszcze mam gdzie je trzymać, to będę kupować nadal. Tym razem padło na lordsy, bo już dawno planowałam ich zakup, a te bardzo mi się spodobały.
Deichman 89 zł


Oprócz kolejnej pary butów kupiłam sobie również kolejną torebkę, a dla ścisłości dwie, bo nie mogłam zdecydować się na jedną... Dzięki Waszej pomocy na Facebooku zdecydowałam się wybrać tą karmelową. A Wy którą byście wybrały?

torebki Camaieu

To jeszcze nie wszystko!
Najważniejszy zakup zostawiłam na koniec... Pamiętacie jak kiedyś pisałam, że mam totalną obsesję na punkcie konwalii? Właśnie od jakiegoś czasu w Yves Rocher można dostać wodę perfumowaną, żel pod prysznic i balsam o zapachu tych cudownych, wiosennych kwiatów! Nie mogłam się powstrzymać więc kupiłam cały zestaw i jestem z niego niesamowicie zadowolona. W każdej chwili gdy tylko czuję się źle i poczuję ten zapach to od razu poprawia mi się humor.



Co najważniejsze to wczoraj wreszcie powróciłam do treningów!
Pewna sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi i sprawiła, że poczułam się bardzo źle więc musiałam się wyładować z tej negatywnej energii. Jeszcze tak wiele mi brakuje do tego jakbym chciała wyglądać, ale już doceniam to co udało mi się osiągnąć. W końcu moja waga nadal wskazuje "6" z przodu co niesamowicie mnie cieszy. Wczoraj był pot i były łzy... a dziś są moje ukochane zakwasy! Jestem chyba szalona, bo należę do tego elitarnego grona osób, które wolą poczuć zakwasy niż mieć kaca następnego dnia!

Wczoraj był jeden trening z Turbo Jam, a konkretnie Turbo Sculp z ciężarkami 2x2kg, a potem kontynuacja mojego pośladkowego wyzwania z Mel B i ćwiczenia na brzuch z Mel B. Łącznie godzina ćwiczeń! Trochę się również poruszałam przy sprzątaniu, ale jeszcze wiele mi zostało. Muszę powyciągać wszystko z szafek i ogarnąć, żeby w późniejszym czasie mieć już spokój. W końcu ostatnio cierpię na syndrom "za krótkiej doby" i na wszystko brakuje mi czasu. Spędzam trochę więcej czasu z przyjaciółmi, bo bardzo tego na tą chwilę potrzebuję, a do tego dochodzi do tego rower, sprzątanie, internet... Na książki to już nawet nie mam czasu. Sporządzanie kilku posiłków w ciągu dnia też jest niestety czasochłonne. Powoli przestawiam się na wcześniejsze wstawanie i jednocześnie wcześniejsze chodzenie spać. Mimo wszystko i tak brakuje mi wolnej chwili. Chcę się wreszcie zapisać na siłownie, ale cały czas się zastanawiam czy to ma sens, bo będę z niej korzystać pewnie tylko wtedy kiedy pogoda nie pozwoli na inne zajęcia jak rower, rolki czy bieganie, które planuję wkrótce rozpocząć.

Niewykluczone, że za nieco ponad tydzień wyjadę do Włoch, a tam będę mieć wiele okazji na realizowanie swoich sportowych, ambitnych planów. Nie zapowiada się by były upały więc jak dla mnie idealnie, bo szykuje się świetna pogoda na rower, albo choćby rolki.

Daje z siebie wszystko, bo wiem, że warto!
Nie ma co czekać na cud, bo te się nie zdarzają... Ja postanowiłam stworzyć swój własny cud!!!
Utrę nosa wszystkim niedowiarkom i wrócę do starej sylwetki, do której jest mi coraz bliżej :)

Wczoraj na Facebooku zostałam poproszona o dodanie zdjęcia nóg, a chwilę później o zrobienie małego porównania. Tak właśnie wyglądały moje nogi w listopadzie i w dniu wczorajszym. Wiem, że nie widać wielkiej różnicy, bo to tylko 4 cm mniej w udach, ale różnica jest! Wchodzę w spodnie, w które nie wchodziłam, a do tego zauważyłam zdecydowaną redukcję cellulitu być może dzięki stosowaniu kremów.
Nie ważne co mówią inni! Ważne, że ja lubię swoje nogi i to chyba jedyna część mojego ciała, której bym nie zmieniła.

Listopad/Kwiecień


Zbliżam się do upragnionych celów, bo już wkrótce pełną parą ruszy sezon na moją obsesję czyli szorty :) Mam nadzieję, że Wy również nie odpuszczacie i dajecie z siebie wszystko! 
Ten wysiłek na pewno się Wam odpłaci, tylko w to uwierzcie! <3

22 kwietnia 2013

"Po każdej burzy wychodzi słońce" - fruwam z radości!

Witajcie kochani!
Zgodnie z tym co pisaliście to po "każdej burzy wychodzi słońce" i nie chodzi mi tutaj o pogodę, która przez cały weekend była piękna. W Krakowie nie padało i aż się chciało żyć! Postanowiłam więc "wypełznąć" trochę z mojego mieszkania i nacieszyć się piękną pogodą, a nawet wybrałam się na znienawidzone zakupy. 

Postanowiłam nie siedzieć w domu żeby się nie zadręczać tymi wszystkimi problemami, które ostatnio pojawiły się na mojej drodze. Chciałam by kwiecień był moim miesiącem, ale niestety nie udało się. Najpierw wypadek i ten cholerny kołnierz ortopedyczny, a potem choroba. W zasadzie ciągle kaszle, ale już zdecydowanie mniej. No i wreszcie mogę funkcjonować w normalny sposób!
Muszę po prostu przestać planować...

Najbliższy tydzień będzie u mnie etapem przejścia z 4 kółek na 2 czyli na mój ukochany rower. Niestety jeszcze nie mogę pozwolić sobie na takie wyprawy jakie bym chciała, bo w dalszym ciągu nie znalazłam serwisu, w którym byłaby możliwość odpowietrzenia hamulców na miejscu, a nie uśmiecha mi się zostawiać roweru na tydzień, tym bardziej, że już za tydzień zaczyna się długi weekend, a tuż po nim szykuje mi się wyjazd na urlop. Nie wyobrażam sobie, że miałabym pojechać do Włoch bez roweru :) Planuje też wybrać się jeszcze w tym tygodniu na rolki, bo szczerze mówiąc nie pamiętam kiedy jeździłam. Chciałabym te aktywności wprowadzić na stałe do mojego planu aktywności fizycznych.

Mam nadzieję, że znajdę na to wszystko czas!

Zaplanowałam sobie kilka postów na ten tydzień i liczę, że uda mi się je wszystkie napisać, a mam Wam do przekazania kilka informacji. Do tego za tydzień kolejne podsumowanie, które chyba znów wypadnie dosyć kiepsko.

Chociaż ostatnio podczas sprzątania w szafie okazało się, że efekty są, tylko w jakiś dziwny sposób ja ich nie dostrzegam. Chcąc poprawić sobie humor ubrałam jedną z moich ulubionych sukienek, którą miałam tylko raz w życiu na sobie - na imprezie jakieś 2,5 roku temu. Była wtedy na mnie lekko przyciasna, ale przynajmniej nie spadała, bo to typowa sukienka tuba bez ramiączek. W styczniu chciałam się w nią ubrać, ale niestety nie zapięłam się, a ostatnio ubrałam ją i mało tego! Poczułam w niej sporo luzu..

Sukienka AMISU roz. 40
I jak wyglądam? :)

Najpierw stare spodnie, a teraz kiecka... Przynajmniej wiem w jakim rozmiarze mam szukać sukienki na wesele mojej kumpeli. Kiedyś miałam problemy z kupieniem dobrej sukienki, bo w biuście potrzebowałam rozmiar 44, a w biodrach i talii wystarczyło 40/42. Najlepiej było zszyć dwie sukienki w takich rozmiarach żeby wszystko pasowało idealnie :) Teraz już nie będę mieć tego problemu! Jupppiii! Mam nadzieję, że nie będę mieć problemu z sukienką na wesele... pewnie gorzej będzie ze znalezieniem faceta, z którym przetańczę całą noc!

Wreszcie powróciło do mnie pozytywne myślenie być może to za sprawą pięknej pogody, a może udanych zakupów?

Podobno nic tak nie poprawia humoru kobiecie jak zakup nowych butów! Kupiłam więc sobie kolejną parę... to już chyba 103, ale co mi tam... Od dłuższego czasu chorowałam na trampki na koturnie, a że akurat trafiłam na takie, które kolorystycznie idealnie pasują do mojej kurtki, a do tego są niesamowicie wygodne to postanowiłam je kupić. Upolowałam ostatnią parę i to jeszcze w swoim rozmiarze. Mój zakup to dokładnie buty ze zdjęcia poniżej, ale w kolorze karmelowym.

Deichmann 119 zł


A teraz coś dzięki czemu dziś prawie fruwam z radości! Zawsze gdy nadciąga poniedziałek mam ochotę się zważyć, ale przeważnie potem "pluję sobie w brodę", że w ogóle o tym pomyślałam, bo efekt nie był taki jak się tego spodziewałam. Dziś było jednak inaczej!


Moja waga pokazała dokładnie 69,9 kg!!!
Jest więc wymarzone 6 z przodu :) 
Do tego:
zawartość tłuszczu 27,9%
zawartość wody: 49,5%
zawartość mięśni: 35,3%

Mam nadzieję, że ta 6 z przodu już zostanie... Kolejne ważenie przy podsumowaniu miesiąca czyli już za tydzień i mam nadzieję, że waga już w górę nie skoczy. Może wreszcie zaczęło się coś ruszać...
Ostatnio trochę zmieniłam sposób żywienia, ponieważ musiałam dostosować go do częstego wychodzenia z domu, ale w dalszym ciągu jem zdrowo :) Od ponad 4 miesięcy nie sięgnęłam po żadnego fast-fooda, ani inne świństwo co niesamowicie mnie cieszy!

Plan na dziś? 
Muszę jechać po odbiór aparatu, którego oddałam do naprawy. Na szczęście koszt naprawy to tylko 80 zł i lepsze to niż kupowanie nowego obiektywu. Już się obawiałam, że nie będę mieć czym zrobić zdjęć do podsumowania miesiąca. Prawdopodobnie pojadę na rowerze, bo jest piękna pogoda! Potem muszę się wybrać na zakupy spożywcze i odwiedzić market budowlany, bo chciałabym wreszcie zacząć zaległy remont, a wieczorem trening! Mam w końcu co nadrabiać :)

A jakie Wy macie plany na najbliższy tydzień? 
Miłego i aktywnego dnia kochani! 

20 kwietnia 2013

Wzloty i upadki... każdy je ma, mam i ja!

Witajcie kochani!
Pogoda się troszkę zepsuła, ale mam nadzieję, że to nie odebrało Wam chęci do aktywności fizycznej, a wręcz przeciwnie! Ja wczoraj mimo tego, że miało padać wybrałam się na rower... Musiałam przejechać się do serwisu z zapowietrzonymi hamulcami, ale niestety nigdzie nie mieli dla mnie czasu więc postanowiłam sobie trochę pojeździć mimo braku możliwości ostrego hamowania. 

Jak się potem okazało zrobiłam prawie 33 km...

Jeździłam sobie powoli, bez celu aż usiadłam na mojej ulubionej ławce pod Wawelem i znalazłam na niej naklejkę "KOCHAJ ŻYCIE!" To prawie jak jakiś znak, bo wczoraj było ze mną bardzo źle. Wystarczyła jedna sytuacja by całkowicie moja pewność spadła do poziomu zerowego, ale zacznę od początku...

W środę miałam rozmowę o pracę, na której poszło mi świetnie pomimo tego, że nie spełniałam wszystkich warunków pracodawcy. Właściciel firmy był mną oczarowany i bardzo żałował, że nie mam wykształcenia jakie wymagał, ale nie wykluczał możliwości zatrudnienia mnie i tak i tak. Okaże się w maju czy dostanę pracę, ale to nawet nie ważne. Moja samoocena wzrosła w ciągu kilku chwil i wiedziałam, że nic mnie już nie zatrzyma. Nawet nie wiecie jak bardzo się myliłam... W czwartek spotkałam się z mężczyzną wręcz idealnym, z którym dosyć długo pisałam przez internet i uprzedzałam go, że jestem totalną wariatką i straszną gadułą. Byłam niesamowicie szczęśliwa gdy otrzymywałam każdą kolejną wiadomość, ale wygląda na to, że wszystko prysło jak bańka mydlana. Spotkaliśmy się na spacer, bo pogoda była do tego wręcz stworzona. Niestety już po powrocie do domu czułam, że coś będzie nie tak... Nie myliłam się! Moja pewność siebie spadła poniżej zera w ciągu kilku sekund, bo uświadomiłam sobie, że daleko mi do ideału, i że On się już nie odezwie, bo nie zasługuję na to.

Mam wrażenie, że powróciłam do punktu wyjścia... 
Znów zaczęłam się zadręczać, że na nic nie zasługuję, bo wyglądam po prostu źle!
Musiałam wczoraj coś ze sobą zrobić by wyładować tą złą energię i przestać myśleć chociaż na chwilę. Dlatego właśnie wzięłam rower i już po powrocie do domu wypompowana z całej energii poczułam błogość! Uwolniłam się od złych emocji i pozbyłam negatywnej energii. Endorfiny potrafią zdziałać jednak cuda!

Jeśli potrafię znaleźć w sobie tyle siły by wyjechać pod górę na rowerze, by ćwiczyć z ciężkimi hantlami, by nosić naprawdę ciężkie zakupy i prowadzić samochód jak facet to znajdę w sobie tyle siły by pokochać życie i czerpać z niego garściami! Taki mam właśnie zamiar!

Może się tylko oszukuje, ale...
...teraz może być już tylko lepiej!
Nie pozwolę by jedna osoba zepsuła to na co pracowałam przez cały rok, ale to uświadomiłam sobie dopiero wczoraj! Choć pojawiła się złość i łzy to teraz wiem, że tak po prostu musiało się stać, choć nie tracę nadziei...

Przywykłam, że zawsze gdy czegoś bardzo pragnę to to się nie udaje, więc pora zmienić taktykę...
Kiedyś może trafię na kogoś kto zaakceptuje mnie w pełnym pakiecie... ze wszystkimi zaletami, ale również wadami. Nie ma co się zmieniać dla kogoś, nie ma co walczyć na siłę o odrobinę akceptacji.

Dostałam motywacyjnego kopa w tyłek!
Wszystko co teraz robię, robię tylko dla siebie... przestanę się zastanawiać nad każdym swoim krokiem, przestanę planować i analizować, bo to nie ma najmniejszego sensu. 
Zdrowy egoizm to to do czego dążę!

Czytam wiadomości od Was, często bardzo osobiste więc postanowiłam napisać ten post...
Początkowo gdy postanowiłam coś zmienić w swoim życie robiłam to dla "świętego spokoju", po to by inni przestali się mnie czepiać i by udowodnić im, że potrafię się zmienić, że potrafię być lepsza! Teraz dopiero zaczynam to robić całkowicie dla siebie, a nie po to by podobać się innym, bo przecież gdy nie chcą to nie muszą patrzyć... Pora zadać sobie pytanie co tak naprawdę nami kieruje gdy postanawiamy się zmienić i zadbać o siebie, o swoją figurę. Jeśli robicie to dla kogoś to przestańcie, bo niepotrzebnie będziecie cierpieć...

Jeśli teraz nie jesteśmy dla kogoś wystarczająco dobre, to widocznie nigdy nie będziemy, bo ten ktoś nie zasługuje na kogoś takiego jak My... Niektórym ludziom nigdy nie będzie dosyć i ciągle będą oczekiwać czegoś więcej... Od takich ludzi najlepiej trzymać się z daleka. 



A tymczasem trochę się pocieszę... 


Moje życie to istny rollercoaster... raz na górze, a chwilę później w totalnym dole... Jednak nie załamię się, bo mam coś o wiele cenniejszego... Siłę do przezwyciężania tych wszystkich przeciwności losu... 

17 kwietnia 2013

Szorty, szorty, szorty... OPANOWUJĄ ŚWIAT!

Szorty, szorty, szorty! 
Wszędzie prześladują mnie szorty, a konkretnie tyłki w szortach! Takich super, sexy, przecieranych, jeansowych szortach, no zwariować idzie! Szorty opanowują planetę! :) Czy odważę się zafundować sobie takie mega krótkie? Może odrobinę dłuższe? "No nie wiem, nie wiem - sucho ma ta palma" :)

Bredzę prawda? 
To nadmiar słońca rzucił mi się na mózg, który jeszcze po chorobie nie odzyskał pełnej sprawności! :)


Mówiąc jednak tak całkiem serio to to jest coś do czego dążę i w czym chciałabym wyglądać, a co najważniejsze CZUĆ SIĘ DOBRZE. Do tej pory mogę ubrać krótkie spodenki, ale myślę, że wizja mojej przelewającej się, szyderczo dyndającej z tyłu i żyjącej własnym życiem pupy nie dawałaby mi spokoju i po chwili szorty zastąpiłabym czymś dłuższym, najchętniej chyba habitem, albo workiem pokutnym byleby się tylko nie rzucać w oczy!
Kiedyś uwielbiałam się rzucać w oczy, a teraz najchętniej schowałabym się pod ziemię... W końcu zawsze znajdzie się ktoś kto powie mi, że te prawie 8 miesięcy mogę sobie właśnie w ten tyłek wsadzić, bo nie przyniosły żadnego efektu. W zasadzie to tak jak pisałam Wam w poprzednim poście minął nawet rok, a nie tylko kilka miesięcy. Boję się, że ktoś może mi powiedzieć, że ten czas był czasem straconym, a mój tyłek w dalszym ciągu nie nadaje się do ekspozycji.

W zasadzie mam jeszcze trochę czasu, bo krótkie spodenki założę pewnie dopiero na przełomie czerwca i lipca. W tym roku wakacje zacznę dopiero po ostatnim weekendzie lipca, a do tego czasu mam jeszcze około 100 dni, a to może być nawet 80 kolejnych treningów gdyby ćwiczyć niemal codziennie. Mogę jeszcze bardzo dużo zdziałać przez ten czas, ale czy nie zabraknie mi motywacji?

To głupie, ale naprawdę mi na tym niezwykle zależy, bo takich mega krótkich spodenek nie nosiłam już chyba od ogólniaka, a trochę lat od tamtych czasów minęło. Zwycięży lęk przed wygłupieniem czy chęć poczucia się jak w tych bardzo odległych czasach? Jak myślicie?


Powoli wracam do życia i... treningów! Chcę to wszystko trochę zintensyfikować! Ostatnie tygodnie nie były zbyt aktywne mimo, że tak właśnie planowałam. Teraz muszę odrobić te zaległości więc więcej czasu poświęcę ramionom, brzuchowi i oczywiście dolnym partiom ciała jak uda i pupa. Do tego mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić odrobinę więcej cardio, bo przecież mój rower, buty do biegania i rolki czekają aż wyzdrowieję.


W zeszłym roku próbowałam za wszelką cenę schudnąć do sukienki w rozmiarze 42, którą kupiłam... W przymierzalni zapięłam się w nią z trudem, ale udało się. Po 2 miesiącach leżała idealnie, a teraz nawet boję się ją ubrać. W tym roku celem samym w sobie okazują się być spodenki, o które będę walczyć!

Strasznie się w poniedziałek załamałam gdy stanęłam na wadze, a ta pokazała ponownie więcej niż wcześniej! Pomijam już to jak wyglądało moje odbicie w lustrze, bo byłam opuchnięta, zmęczona i chora! Jeszcze bardziej zapragnęłam tej lepszej wagi z 6 z przodu, ale wierzę, że to już wkrótce nastąpi. W czerwcu idę na wesele przyjaciółki więc muszę wyglądać idealnie w kiecce jaką sobie wymarzyłam. To kolejna dawka motywacji dla siebie samej.


Piszecie mi często, że nie potraficie odnaleźć motywacji, że nie macie tyle samozaparcia by zacząć... 
BZDURA! 
Wystarczą najprostsze rzeczy by odnaleźć motywacje, ale o tym napiszę Wam już w kolejnych  postach. 

Mnie motywują bardzo proste rzeczy i nawet gdy czuję, że już nie odnajdę w sobie energii by znów zadziałać i powalczyć to po chwili ona wraca. Teraz wiem, że będę miewać częste chwile zwątpienia i skoki nastrojów, ale będę wracać nawet po największych załamaniach. Przecież mi też nie zawsze chce się ćwiczyć i czasem mam ochotę zjeść coś niezdrowego, ale jestem tylko człowiekiem. Zupełnie tak jak TY!

Trzymam kciuki za Was, byście też odnalazły swoją nieustającą motywację!



P.S Jakie szorty najchętniej byście przygarnęły? Ja uwielbiam te ze zdjęć powyżej, ale jest tyle innych możliwości, że chyba nie potrafiłabym się zdecydować tylko na jedne! :) Oczywiście o ile mój tyłek będzie się na ich noszenie nadawał, ale wierzę w to! 


16 kwietnia 2013

MOTYWACJA - Do czego dążę? czyli 100% samozadowolenia, a nie tylko samoakceptacji!

Witajcie!
Tak sobie wczoraj siedziałam i wspominałam dawne czasy, który wbrew pozorom wcale  nie są aż tak "dawne", bo to było raptem kilkanaście miesięcy temu. Przeglądałam zdjęcia, których nie ma dużo. Jakoś podświadomie nie pozwalałam robić sobie zdjęć, ale mimo wszystko wmawiałam sobie i innym, że czuję się ze sobą dobrze pomimo tego ile ważę. Miałam wrażenie, że 1 kg w tą czy w tamtą to żadna różnica, ale te kilogramy zaczęły się kumulować i 1+1+1+1.. już nie był taki niezauważalny. Nie mogę uwierzyć jak wiele się teraz zmieniło...


Faktycznie nie czułam się źle w swoim ciele, bo pozowałam do zdjęć, brałam udział w pokazach no i nosiłam naprawdę różne ciuchy. Może nie czułam się wyjątkowo dobrze np. w kostiumie kąpielowym, ale wychodziłam z założenia, że nie zawsze muszę wyglądać idealnie. Kiedyś w końcu byłam szczupła, a i tak wszyscy wyzywali mnie od grubasów. Nie ważne więc czy ważyłam 60 kg czy 80, bo zawsze czułam się kiepsko w swoim ciele choć nie było tego po mnie widać. Tak naprawdę to jak wyglądamy zależy tylko od nas i nie mówię tutaj o trybie życia, diecie czy treningach. Czasem wystarczy zaakceptować to, że się nie jest idealnym, bo co to w ogóle znaczy? Każdy z nas ma wizję ideału, celu do którego dąży. Inspirujemy się zdjęciami gwiazd, modelek czy choćby pięknych fit dziewczyn, ale jedno jest pewne!
NIGDY nie będziemy nimi, bo każda z Nas jest SOBĄ... Jesteśmy inne! Nawet gdy mamy takie same wymiary jak osoba, która stoi obok to zawsze będziemy wyglądać inaczej. Nasz wygląd zewnętrzny to nie tylko zasługa perfekcyjnego ciała, idealnych wymiarów, ale głównie samopoczucia! Pisałam już kiedyś o tym jak pozytywne myślenie zmieniło moje życie i to się dzieje nadal. Gubiąc kilogramy odzyskałam optymizm i siebie. Wcześniej byłam przykryta tą warstwą tłuszczu i to do tego stopnia, że nie mogłam pokazać jaka jestem naprawdę. Byłam wycofana i w zasadzie przestałam się udzielać społecznie, bo nie miałam odwagi. Oczywiście nikomu nie pokazywałam tego, że czuję się źle, bo... wcale się źle nie czułam! Zaakceptowałam to jak wyglądam, bo przecież nie będę rwać sobie włosów z głowy z powodu tego, że wyglądam jak wyglądam.

Ok, mogę schudnąć, 
Ok, mogę wyrzeźbić ciało, 
OK, mogę wyglądać BOSKO! 
... ale i tak nie będę chyba w pełni zadowolona, bo jestem kobietą!
Mimo, że akceptuję to jak wyglądam i polubiłam swoje wady, które dla niektórych byłyby zaletami. Myślę tutaj o mojej budowie anatomicznej czyli choćby o moim monstrualnym biuście, który wcale nie wynika z nadmiaru kilogramów. Gdy ważyłam 59 kg nosiłam biustonosz w rozmiarze 75E, a wcześniej, w gimnazjum gdy ważyłam 54-56 kg nosiłam 75DD przy trochę niższym wzroście, bo ok. 168 cm. Zawsze był ten biust, ale gdy brafiterka dopasowała mi biustonosz w rozmiarze JJ to znienawidziłam tą cechę u siebie jeszcze bardziej. Nie wszystko w swoim ciele lubię, ale nie nazwałabym tego kompleksami... Po prostu tego nie lubię i już! Potrafię podkreślić niektóre cechy zewnętrzne tak by z kompleksów stały się moimi atutami.


Gdybym miała zbudować model idealnego ciała to nie wiem co bym wybrała... Czy wolałabym wyższy wzrost czy niższy? Mniejszy czy większy biust? Dłuższe czy krótsze nogi? Nie wiem! Czasem irytuje mnie to, że jestem wysoka, bo lubię nosić mega wysokie obcasy (czasem nawet 14cm) i w takich butach jestem normalną żyrafą! Niemal każdy facet wchodzi mi wtedy na stojąco pod pachę, a to - uwierzcie - bywa bardzo irytujące... Bywają jednak dni kiedy ten wzrost zupełnie mi nie przeszkadza, bo wtedy z kolei mówię sobie jak źle czułabym się mając 150 cm wzrostu. Podobnie jest z biustem czyli moim największym kompleksem... Chciałabym by był mniejszy, ale jednocześnie uważam go za mój atut. Ja mogę go nie lubić, ale wiem, że to cecha, która lubią inni, np. faceci (z oczywistych względów).
Cóż, czasem trzeba zaakceptować u siebie pewne cechy fizyczne i nie próbować ich za wszelką cenę zmienić. OCZYWIŚCIE! Zmienić możemy wszystko choćby skalpelem, ale po co? Czy aby wtedy poczujemy się dobrze? A co jeśli wtedy będzie jeszcze gorzej? Ja byłam bardzo bliska wpakowania się pod skalpel, ale w dalszym ciągu coś mnie powstrzymuje...

Najważniejsze jest jednak to jak się czujemy ze sobą, bo gdy ktoś zauważy nasze starania w np. ukrywaniu pewnych cech fizycznych to od razu rośnie nasza samoocena! Bywa, że ciuchy, które uwielbiam wyglądają na mnie koszmarnie, ale są dni gdy czuję się w nich jak supermodelka. To nie waga ma tutaj największe znaczenie, bo przecież nie chudnę z godziny na godzinę.

Wyznaczyłam sobie cel, ale nie osiągnę go... Mogę się tylko do niego zbliżyć, bo wiem, że ciało samo będzie się zachowywać tak jak tego chce. Nie mam na to wpływu. Mogę chudnąć i gubić kilogramy, centymetry, ale nie zagwarantuje sobie, że np. zrobi mi się piękne wcięcie w talii, a brzuch się ładnie wymodeluje.

Ja nadal nie lubię siebie, mimo, że zrzuciłam 10 kg i wchodzę w spodnie, w których dokładnie rok temu nie mogłam przeciągnąć przez biodra, a jeszcze 2 miesiące temu się nie zapinały... Cieszę się, ale jednocześnie dołuje, że to jeszcze nie ten ideał do którego chcę się upodobnić. Błędne koło! Powoli jednak uświadamiam sobie, że cieszę się, że przytyłam i podjęłam walkę. Kiedyś traktowałam się jak śmietnik i prowadziłam bardzo niezdrowy tryb życia, a ważyłam 60 kg. Tą walką wzmocniłam swój charakter! Wreszcie zaczynam doceniać siebie i cieszyć się z drobiazgów typu wejście w stare jeansy! Wcześniej gdy wchodziłam w te spodnie to i tak czułam się źle... miałam setki powodów, dla których mogłam i tak nienawidzić tego jak wyglądam, a teraz wszystko się zmieniło. To naprawdę dziwnie brzmi, ale cieszę się, że przytyłam, że się obudziłam, i że teraz mogę docenić każdą utratę kilograma... To taka forma celebracji nowego trybu życia! Pełna akceptacja mimo, że chciałabym wyglądać jeszcze lepiej, doskonalej... Nawet gdybym wyglądała jak te moje FITspiracje to i tak nie będę się cieszyć. Znajdę zawsze setki powodów, dla których miałabym być niby gorsza od innych.


Dokładnie rok temu, w KWIETNIU postanowiłam zadbać o siebie i wtedy ostatni raz zobaczyłam na wadze 8 z przodu! Właśnie w kwietniu rozpoczęłam cały proces i stopniowo gubiłam kilogramy. Dzięki temu bardzo powolnemu postępowi moja skóra nie wisi, a rozstępów prawie w ogóle nie widać, a 10 kg zniknęło ot tak! Nie osiądę na laurach, bo wierzę, że gdzieś w środku jest we mnie taka kobieta, która pewnego dnia stanie przed lustrem i powie "zajebista ze mnie laska" i będzie to całkowicie szczere i niewynikające tylko z czystej samoakceptacji. 

Rok temu byłam tam gdzie niektóre z Was są w tym momencie... NA STARCIE, a teraz jestem o wiele kroków dalej! Czy META w ogóle istnieje? Walczę, bo chcę sobie udowodnić, że tak!

Czego życzę sobie na kolejne miesiące? Tej 6 z przodu i wierzę, że prędzej czy później się ona pojawi i już nie zniknie :) (no chyba, że na rzecz 5, ale nie wiem czy bym tego chciała). 

A czego Wy sobie życzycie na kolejne miesiące?
Zróbmy wszystko by w 100% móc kochać siebie, a nie tylko akceptować... 
Ściskam 

15 kwietnia 2013

Wracając do życia... KOSMETYCZNIE!

Witajcie!
Wygląda na to, że wiosna zagościła się u Nas na dobre... no przynajmniej na najbliższy tydzień, bo potem znów mamy mieć lekkie ochłodzenie, ale liczę na to, że śniegu już nie zobaczymy przez co najmniej najbliższe kilka miesięcy :) Wreszcie mamy taką aurę, że możemy sobie pozwolić na jakieś outdoorowe aktywności co niezwykle mnie cieszy! 

Ja niestety nadal choruję więc jeszcze nie do końca mogę wykorzystać tą piękną pogodę, ale w sumie wolę się wyleczyć do końca żeby potem móc wiosnę "czerpać garściami"! Mam nadzieję, że chociaż Wy będziecie korzystać, aż do momentu gdy słońce schowa się za chmurami.


Wczoraj po tygodniu leżenia wybrałam się na krótki spacer, bo i tak musiałam uzupełnić swoje zapasy żywnościowe. Cudowne uczucie móc wreszcie skorzystać ze słoneczka! Do tego postanowiłam powoli zacząć wracać do treningów, bo moja waga niestety skoczyła nie w tym kierunku, w którym powinna. Trudno się dziwić skoro przez tydzień praktycznie tylko leżałam i leczyłam się naturalnymi metodami jak cebula z cukrem czy herbaty z miodem. W sumie przez ten tydzień zjadłam pół wielkiego słoika miodu, a to więcej niż przez całą zimę. Na szczęście już powoli zaczyna mi przechodzić, bo ileż można chorować?


Ten tydzień zaczął się bardzo pozytywnie, a to wszystko Wasza sprawka - moich czytelniczek. W piątek listonosz przyniósł mi przesyłkę z prezentem od mojej czytelniczki Wioli, która jest konsultantką firmy Avon. Dostałam od Wioli krem na cellulit: Solutions CelluBREAK, który podobno jest bardzo fajny i skuteczny. Ostatnio pisałam Wam, że biorę się ostro za siebie... zaczęłam dbać o ciało, o paznokcie, o włosy! Wcześniej stosowałam kosmetyki do ciała Eveline, które jak dla mnie są absolutnym hitem, a kosmetyków z Avonu nie kupowałam już dobre 10 lat. Kiedyś sama byłam konsultantką, ale po jakimś czasie kosmetyki tej firmy przestały mi służyć i jakoś już się na nie potem nie natknęłam. Po kilku zastosowaniach lotionu CeluBREAK muszę przyznać, że to bardzo fajny kosmetyk! Skóra już po pierwszym użyciu stała się gładka i miękka w dotyku. Jestem bardzo ciekawa jakie efekty uzyskam po dłuższym i regularnym stosowaniu kosmetyku, który niestety na wiele aplikacji nie starczy, bo to tylko 150 ml.


Dziś listonosz odwiedził mnie ponownie (biedny się nachodzi) przynosząc przesyłkę od kolejnej czytelniczki Eweliny, która prowadzi firmę Magnitica Lashes. Od Eweliny dostałam do przetestowania odżywkę do rzęs FEG. Idealnie, bo akurat wypowiedziałam wojnę moim rzadkim brwiom i wypadającym rzęsom. Mam nadzieję, że odżywka przyniesie oczekiwane efekty. Oczywiście więcej na temat odżywki i efektów napiszę Wam za jakiś czas. Do tej pory smarowałam brwi i rzęsy olejkiem rycynowym więc sama jestem ciekawa działania tej odżywki.

BARDZO WAM DZIEWCZYNY DZIĘKUJĘ ZA TE PREZENTY! 





Może Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na piękne brwi i rzęsy, które mogłybyście polecić?


Od 3 tygodni używam również odżywkę do paznokci Eveline S.O.S, której stosowanie przynosi oczekiwane efekty! Paznokcie przez ten czas się bardzo wzmocniły i urosły. Niestety jeden wyjątkowo często się łamie i pęka i muszę go skracać niemal do zera. Pełne efekty działania odżywki pokażę Wam już wkrótce, a tymczasem i tak postanowiłam kupić sobie NailTek. Mam nadzieję, że już niedługo będę mieć długie i zdrowe pazurki w pięknym, letnim kolorze!



Dziś znów postawię na lekki trening i zapewne podobnie jak wczoraj wsiądę na rowerek treningowy. Powróciłam również do mojego "pośladkowego" wyzwania z MEL B i wczoraj wreszcie zrobiłam dzień 3. Jestem sporo za Wami, ale mam nadzieję, że jeszcze Was dogonię... 

Mam nadzieję, że nie przerwałyście wyzwania i będziecie się miały czym pochwalić! 
Więcej o wyzwaniu możecie przeczytać: TUTAJ!
Jeszcze nie jest za późno by się przyłączyć choćby na FB: 
facebook.com/events/158904034271802

DO LATA, KRÓTKICH SPODENEK I MINIÓWEK CORAZ BLIŻEJ!
Do dzieła kochane!
Nie ma na co czekać! 

13 kwietnia 2013

Zabójcy tłuszczu - CZERWONA HERBATA

Witajcie!
Bardzo dawno temu pisałam Wam o właściwościach zielonej herbaty, która ma bardzo dobry wpływ na nasz organizm i również wspomaga proces odchudzania. Nie jest ona jednak najsilniejszą bronią do walki z niechcianym tłuszczykiem! To herbata czerwona najlepiej wspomaga spalanie tłuszczu, a do tego daje bardzo dużo energii. 

Od jakiegoś czasu zamieniłam spożywanie dużych ilości zielonej i białej herbaty właśnie na rzecz herbat czerwonych. Ja najczęściej wybieram odmianę Pu-erh, która jest chyba najbardziej dostępna i można ją kupić w większości sklepów. U mnie przeleżała w szafie kilka lat, aż wreszcie przyszedł na nią czas...

Źródło: healthcentrics.net


JEŚLI SIĘ ODCHUDZASZ TO PIJ CZERWONĄ HERBATĘ!
Pewne badania naukowe udowodniły, że regularne spożywanie herbaty czerwonej u 88% badanych wpłynęło pozytywnie na zmniejszenie poziomu tłuszczu i to bez zmiany trybu życia i diety. Oprócz tego czerwona herbata, a konkretnie enzymy w niej zawarte pobudzają do pracy układ trawienny, a co najważniejsze poprawiają perystaltykę jelit.

To jednak nie wszystkie dobroczynne działania czerwonej herbaty...
Czerwona herbata oprócz tego, że znana jest właśnie z właściwości odchudzających i ułatwiających spalanie tłuszczu posiada również wiele właściwości pro-zdrowotnych. Regularne spożywanie czerwonej (jak i każdej innej) herbaty pomoże chronić organizm przed chorobami nowotworowymi poprzez wspomaganie organizmu w walce w wolnymi rodnikami oraz w związku z działaniem antyoksydacyjnym.


Inne działania czerwonej herbaty:

  • wpływa pozytywnie na wygląd cery, włosów i paznokci ze względu na to, że pomaga usunąć toksyny z organizmu, a także w związku z zawartością cynku
  • zawartość fluoru wpływa pozytywnie na budowę kości oraz zębów
  • pomaga obniżyć poziom złego cholesterolu ze względu na wysokie stężenie polifenoli
  • pomaga w walce z miażdżycą ze względu na zawartość flawonoidów, które pomagają wzmocnić naczynia krwionośne
  • może rónież wspomóc działanie wątroby
  • dodaje energii porównywalnie z mocną kawą

Oczywiście wypijanie hektolitrów czerwonej herbaty również może nie wyjść Nam na zdrowie! Herbata ta zmniejsza zdolność do wchłaniania się żelaza i może powodować wpłukiwanie składników mineralnych z organizmu ze względu na mocne działanie moczopędne. Czerwonej herbaty bez konsultacji z lekarzem zatem nie powinny pić kobiety w ciąży oraz osoby cierpiące na anemię! Również podczas okresu i karmienia piersią należy zachować umiar w ilości spożywania tego napoju lub po prostu ją ograniczyć. 


Jak parzyć czerwoną herbatę?
Niepełną łyżeczkę czerwonej herbaty zalewamy wodą o temperaturze około 95 stopni i odstawiamy na 5 minut. Czerwoną herbatę oczywiście polecam w naturalnej formie listków do parzenia, a nie torebek ekspresowych, w których znajdują się same ścinki, a nie liski, w których znajduje się najwięcej dobroczynnych składników.

Źródło: www.mountainroseherbs.com 

Regularne picie czerwonej herbaty doda energii, a do tego znacznie przyśpieszy metabolizm i spalanie tłuszczów. Może jej "ziemisty" smak i zapach nie zachęcają do jej picia, ale myślę, że naprawdę warto się z nią "zaprzyjaźnić". 

Ja czerwoną herbatę piję regularnie, kilka razy dziennie naprzemiennie z zieloną herbatą. Oprócz tego spożywam bardzo duże ilości wody mineralnej i mój organizm wreszcie zaczął pracować poprawnie i się odtruwać! Nie piję kawy więc muszę dodawać sobie energii na inne sposoby i najczęściej sięgam wtedy po herbatki. Mój organizm przestał zatrzymywać wodę, cellulit wodny zniknął, a ja wreszcie nie jestem opuchnięta! 

Oczywiście od samego picia herbaty raczej nie schudniemy, ale czemu mielibyśmy nie zaprosić jej do naszego zdrowego życia? 

A Wy stosujecie/lubicie czerwoną herbatę? 
Wybieracie czystą czy może aromatyzowaną np. z cytryną?

11 kwietnia 2013

NATURALNE LEKARSTWA - Jak zwalczam chorobę?

Witajcie!
Choroba dalej mnie trzyma i nie ma zamiaru odpuścić. W zasadzie mam zapalenie górnych i dolnych dróg oddechowych, ale i tak odbywa się to dużo lżej niż normalnie. Dziś jest mi już trochę lepiej więc może wreszcie poćwiczę. Ileż można leżeć? 

Ograniczyłam stosowanie leków, bo kiepsko się po nich czułam. Odzwyczaiłam się chyba od ich stosowania :) Postanowiłam postawić na naturalne, domowe, sprawdzone sposoby walki z chorobą i mam wrażenie, że to one pomagają mi najbardziej.

Źródło: dare2baware.com


Moje sprawdzone sposoby na walkę z chorobą:

  • Gorące mleko z żółtkiem ubitym z cukrem i miodem - mieszanka idealna właśnie na kaszel, bo pomaga w odkrztuszaniu. Pamiętam, że w dzieciństwie tylko dlatego lubiłam czasem być chora :) Taki napój piję codziennie rano.
  • Syrop z cebuli - cebulę zasypuję cukrem, ugniatam i przykrywam do dnia następnego. Gdy cebula puści sok powstaje syropek, który również jest idealny na kaszel. Popijam go kilka razy dziennie.
  • Herbata z miodem i cytryną - idealna na wzmocnienie odporności i bóle gardła. 
  • Inhalacje cebulową - cebulę przygotowuję jak na syrop, szklankę obkładam watą lub ściereczką i wdycham nosem. Intensywny zapach cebuli odtyka górne drogi oddechowe i udrażnia nos ułatwiając oddychanie. Idealna metoda na walkę z chorymi zatokami.
  • Kasza jaglana - w każdej dowolnej postaci, ponieważ rozrzedza ona wydzieliny i pomaga usuwać nadmiar płynów z organizmu. Idealna na zapalenie górnych i dolnych dróg oddechowych. 

Oprócz tego odporność wzmacniam stosując:
  • tran
  • miód i cytrynę
  • czosnek surowy lub pieczony (pozbawiony zapachu), czasem też kapsułki. 
  • imbir, który także jest idealny na ból gardła, ale również wzmacnia odporność

Przy zwykłych przeziębieniach gdzie nie musiałam zażywać leków przeciwgorączkowych z np. paracetamolem stosowałam również:
  • Herbata z domową nalewką - idealna na rozgrzanie
  • Grzane, ciemne piwo z miodem i cytryną


Walczę też smarując klatkę piersiową maściami rozgrzewającymi i nalewką bursztynową.
Mam nadzieję, że pozbędę się tego paskudztwa, bo powoli zaczynam widzieć już wiosnę :) Za tydzień parapetówka mojej kumpeli, a za nieco ponad 2 tygodnie jej wieczór panieński, którego nie chciałabym przegapić. Muszę się więc wykurować w pełni!

Oczywiście jeśli moje domowe metody nic nie dadzą to będę musiała jednak jechać do lekarza po antybiotyk, ale w moim przypadku wiąże się to od razu z utratą apetytu i smaku, a do tego z problemami żołądkowymi. Dlatego właśnie staram się ten moment odwlec jak najbardziej! Mam nadzieję, że tym razem mnie to nie czeka...

A Wy macie jakieś swoje sprawdzone, domowe metody na walkę z chorobą?
Czy może wolicie stosować standardowe lekarstwa? 


Przez ostatnie dni miałam spore osłabienie organizmu, bo termometr wskazywał 35,6-36.0 stopni Celsjusza, ale dziś już jest normalnie. Energia powraca do tego stopnia, że zabrałam się za małe sprzątanie. Wieczorem spróbuję zrobić jakiś mniej intensywny program treningowy no i wracam oczywiście do mojego "pośladkowego wyzwania"! Wymarzone krótkie spodenki w końcu są coraz bliżej :) Jestem zła, że przez ostatnie 2 tygodnie praktycznie nie miałam okazji ćwiczyć, ale co poradzić... siły wyższe. Wolę nie przesadzać, bo co mi przyjdzie z pięknego wyglądu gdy utracę zdrowie? Nie za wszelką cenę...


Póki co...
ŁADUJE SWOJE BATERYJKI!
Źródlo: images.businessweek.com



CHCĘ JUŻ WYZDROWIEĆ...
...i iść na rower, który najpierw muszę zawlec do serwisu!
Albo pobiegać, iść na spacer, rolki! COKOLWIEK byle wrócić do normy! 

A Wy trzymajcie się cieplutko i nie dajcie się chorobom, które na Nas czyhają na każdym kroku! :)


9 kwietnia 2013

PRZEPIS na KURCZAKA Z BANANAMI

Do tej pory myślałam, że nigdy nie przekonam się do mięsa z owocami lub słodkich dań mięsnych. Takie połączenia w ogóle mi nie smakowały, ale jak widać z czasem smaki mi się zmieniły. Jestem na etapie testowania diety IGpro z serwisu Vitalia, a dziś moim obiadem miał być właśnie KURCZAK Z BANANAMI. Póki co nie ćwiczę więc postanowiłam trzymać się diety i skorzystać z tego przepisu.


Ten przepis jak każdy inny możemy modyfikować i robić go po swojemu. Ja już wiem, że następnym razem zmienię w nim kilka rzeczy. Danie jest niezwykle proste i myślę, że wyjdzie każdemu!


SKŁADNIKI (na 1 osobę):
filet z piersi kurczaka
1 średni banan
jogurt naturalny
pieprz mielony
olej rzepakowy do smażenia



PRZYGOTOWANIE:

Pierś kurczaka opłukać i osuszyć.
Pokroić na małe kawałeczki i oprószyć pieprzem.
Na łyżkę rozgrzanego oleju wrzucić kurczaka i lekko go zarumienić. W międzyczasie rozgrzać piekarnik na 220 stopni. Pokroić banana na plasterki, a 2-3 łyżki jogurtu naturalnego przyprawić według uznania. Można śmiało wykorzystać również różne zioła. Do wysmarowanego margaryną lub olejem naczynia żaroodpornego wrzucić zarumienionego na patelni kurczaka. Na wierzchu ułożyć pokrojonego banana, a całość polać jogurtem. Piec w piekarniku około 20 minut.
Gotowe danie można posypać odrobiną szczypiorku.


Jak można zmodyfikować przepis?
Ja następnym razem pierś kurczaka lekko rozbiję, a banana rozgniotę i wymieszam z jogurtem tworząc sos bananowo-jogurtowy. Myślę, że takiego kurczaka można również upiec bez wcześniejszego przysmażania, ale może być wtedy trochę bardziej suchy i mniej aromatyczny. Zdecydowanie też pokombinuję trochę z przyprawami by stworzyć całkowicie własną wersję tego przepisu, a może nawet dodam trochę miodu?
Uwielbiam eksperymentować w kuchni!


Mnie ten przepis bardzo przypadł do gustu i myślę, że będę go często stosować w swojej diecie. Uwielbiam banany i kurczaka! Składniki są tanie, a przygotowanie całego dania zajmuje nie więcej niż 30 minut. Dla mnie REWELACJA! 
Smacznego!



P.S Zmieniłam tabelkę wartości odżywczych, ponieważ poprzednia wydawała mi się mało prawdopodobna, a nie chciałabym wprowadzać nikogo w błąd.
Wartości odżywcze 100g
Źródło: Dieta IGpro z VITALIA.pl 

ĆWICZYĆ CZY NIE ĆWICZYĆ podczas choroby?

Witajcie!
Wczoraj zdążyłam już wrócić do Krakowa, a dziś wreszcie oddałam indeks na uczelni. Do tego zrobiłam wczoraj kolejne spore zakupy spożywcze, ale więcej o nich napiszę Wam już wkrótce. Póki co udaje mi się robić wszystko zgodnie z planem no może z pewnymi wyjątkami...


Rozchorowałam się!
Wczoraj zaczęło się od kaszlu i stanu podgorączkowego, a dziś doszedł do tego jeszcze ból zatok. Jednak nie poddam się i nie ulegnę chorobie, bo wytoczyłam ciężkie działa. Zaczęłam leczenie od razu mimo, że nie jestem entuzjastką stosowania leków, ale co poradzić. Nie chcę by to paskudztwo wpędziło mnie do łóżka, bo mam zbyt wiele planów na najbliższy miesiąc.


Kwiecień miał być moim miesiącem, a tu same utrudnienia... 
Ale nie dam się!
Wytoczyłam ciężkie działa czyli wszelkie maści rozgrzewające, Gripexy, syropek, tran i wiele innych domowych sposobów. Mam dziś zamiar najeść się czosnkiem i przeleżeć dzień w łóżku, a jutro powinnam mieć już zdecydowanie więcej sił.

Źródło: weheartit.com

No właśnie... ćwiczyć czy nie ćwiczyć podczas choroby? 
Jak to właściwie z tym jest?
Treningi na razie sobie odpuszczę, no chyba, że wieczorem poczuję się trochę lepiej niż teraz. Póki co mam zawalone dolne i górne drogi oddechowe i gorączkę więc wolałabym nie ryzykować. Raz próbowałam ćwiczyć podczas lekkiego przeziębienia i prawie straciłam przytomność.

Wszystko jest kwestią indywidualną, chociaż myślę, że lekkie przeziębienie nie jest jakimś przeciwwskazaniem do wykonywania treningu o ile znajdziemy na niego siły. Organizm potrzebuje jednak sporo energii by zwalczać stan zapalny i wirusy, a ćwiczenia mogą Nas jeszcze bardziej osłabić dlatego czasem warto pomyśleć o swoim zdrowiu, bo to ono jest najważniejsze. Zdecydowanie odradzałabym treningi z gorączką, ponieważ to oznacza, że organizm walczy z chorobą i jest już wystarczająco osłabiony. W końcu właśnie dlatego przy chorobie zaleca się leżeć i odpoczywać. Faktycznie podczas treningu można się zdrowo wygrzać i wypocić wszystkie zarazki, ale trzeba mieć na to siły. Mnie niestety sił brakuje, ale mimo wszystko liczę, że do wieczora mi przejdzie i będę mogła trochę poćwiczyć.


Źródło: tumblr.com

A Wy? Ćwiczycie podczas choroby czy raczej wolicie się oszczędzać? 

Póki co zakopałam się pod kołderką z kubkiem gorącej herbatki i stosem tabletek. Zrobię sobie jeszcze okład z mojej Koty, która może mnie troszkę wygrzeje. Nie poddam się bez walki! 
A Wy kochani uważajcie, bo pogoda jest teraz okropnie zdradliwa i ni stąd ni zowąd możecie złapać jakąś infekcję podobnie jak ja, a tego przecież nie chcecie. 

Warto troszkę powzmacniać swoją odporność więc polecam tran, kapsułki z czosnkiem lub zwykły czosnek, dużo imbiru, a do tego witaminki. Postaram się w najbliższym czasie zdradzić Wam kilka moich, domowych i naturalnych sposobów na walkę z chorobą i wzmocnienie organizmu.

Trzymajcie się ciepło!