23 czerwca 2017

SIŁOWNIA - moja miłość z wzajemnością

... ale też nie jedyna ;)

Witajcie kochane!
Z zamieszczeniem tego posta nosiłam się już od dłuższego czasu, ale ostatnio bardzo ciężko u mnie o chwilę wolnego, bo jestem na ostatniej prostej w rozkręcaniu własnego biznesu, ale o tym opowiem przy innej okazji, bo przecież nigdzie się stąd nie wybieram. Generalnie nie rozumiem dlaczego doba ma tylko 24h, bo codziennie brakuje mi czasu na podstawowe czynności, o blogu już nie wspominając. Mimo wszystko to nie jest tak, że o Was nie pamiętam, bo myślę o Was caaaaaały czas! Co to to nie!

Myślałam też, że w tym zabieganiu nie będę w stanie wrócić do treningów, ale już po prostu musiałam! Mimo wszystko zwlekałam, odkładałam to na kolejny dzień i tak mi schodziło.... Skądś to znacie, co nie? Jednego, pięknego dnia zapytałam moją kumpelę co dziś robi, bo nie wiem co robić i się sama nudzę... i zaczęło się! Wyciągnęła mnie na siłownię! "Skoro już idę, to kupię karnet" pomyślałam i w taki oto sposób postanowiłam wygospodarować w ciągu zalatanego tygodnia kilka godzinek na porządny wycisk za który mój tłusty zadek mi kiedyś podziękuję.

Muszę Wam powiedzieć, że po przerwie (ostatnio na siłownie chodziłam styczeń-marzec) nie było ze mną aż tak źle. Kolejnego dnia spodziewałam się mega zakwasów, a te pojawiły się... ale pojutrze. To zjawisko towarzyszy mi już od pewnego czasu... zakwasy pojawiają się dopiero po upływie 2 nocy. Trochę to dziwne. W każdym razie trening wzięłam sobie mocno do serca tuż po tym gdy stanęłam na wagę, która ukazała mi takie cyfry, których nie spodziewałam się kiedykolwiek zobaczyć. A ja durna baba się dziwie, że bolą mnie stawy, że puchną mi nogi... No cóż, od czegoś zacząć trzeba, a przestąpienie drzwi siłowni to już wielki wyczyn. Powoli porzucam też niezdrowe nałogi żywieniowe, których ostatnio mi przybyło (ŻEEEEELKI!!!!), no ale nie wszystko na raz... Niektóre rzeczy przychodzą same, i żeby nie zniechęcać się na przedbiegach trzeba odpowiednio dozować ten reżim żywieniowy.


Mięśnie nadal mam, ale ukryte pod warstwą sadła i... wody! Niestety mój organizm niewiedząc czemu zaczął ją magazynować. Ten problem na chwilę obecną próbuję zwalczyć stosując Hydrominum, które już raz mi pomogło. Jak będzie tym razem? Czas pokaże.

Trochę trudno jest wrócić w miejsce gdzie większość osób wygląda jak z magazynu o tematyce fitness, ale każdy od czegoś zacząć musi! Oni też nie urodzili się tacy pięknie wyrzeźbieni, prawda? Było mi ciężko pokazać się choćby w legginsach w takim otoczeniu, i choć nie obyło się bez kilku pogardliwych spojrzeń to postanowiłam mieć to głęboko w dupie, tuż obok innych spraw, a wierzcie mi... naprawdę mam w czym. Jestem z gatunku osób bardzo samokrytycznych, które posiadają w domu lustro i nie pokażą się publicznie w czymś co nie wygląda estetycznie lub w takich rzeczach w których mogłyby zostać pomylone na przykład z baleronem. Krótkie spodnie przy takim sadle? O nie! Obcisłe bluzki? Niekoniecznie. Wolę zaoszczędzić innym tego traumatycznego widoku. Generalnie nie byłam sama, bo szybko okazało się, że obydwie (ja i moja kumpela) mamy podobny skład ciała i sylwetkę, choć trochę inne cele. Z resztą ona sama po ostatniej wizycie na siłowni nas podsumowała... No tak! Jesteśmy grubymi pasztetami, ale nic innym do tego! To straszne jak wiele osób właśnie przez wstyd boi się pokazać na siłowni podświadomie wiedząc, że każdy od czegoś zacząć musi. Inni z kolei kompletnie nie przejmują się swoją sylwetką przypominającą ludzika Michelin i paradują po ulicach w krótkich spodniach czy bluzkach, a nawet w legginsach i opiętych do granic możliwości koszulkach. Fajnie, że są osoby, które kochają swoje nadprogramowe kilogramy, ale przesada we wszystkim nie jest polecana. U mnie chodzi głównie o estetykę... Noszę luźne rzeczy, bo wtedy czuję się choć trochę lepiej.



Co chcę osiągnąć? Zrzucić zbędny balast w postaci kilkunastu % sadła, wymodelować ciało, wzmocnić mięśnie.
Jak chcę to osiągnąć? Katując się na siłowni, a nie w kuchni! Więcej białka, mniej węgli. Więcej warzyw, mniej słodyczy. Głodować nie mam zamiaru!!! No i oczywiście PRZYSIADY, PRZYSIADY, PRZYSIADY!!! Dupa sama się nie zbuduje!
Ile razy w tygodniu? Docelowo minimum 3 razy tygodniowo, a max 5 razy. Niestety wiem, że nie zawsze czas mi na to pozwoli, ale będę wykorzystywać każdą możliwą chwilę.

Wiecie... może to i dobrze, że przytyłam, bo tak to o czym bym pisała po odzyskaniu bloga? :) 

Więcej o tym jaki mam dokładnie plan w kolejnych postach z serii JAK SCHUDNĄĆ PO 30STCE 


Trzymajcie za mnie kciuki, bo będę ich potrzebować!!!
Buziaki!

P.S Tak kobitki moje! Zrobiłam zdjęcie do porównania... było ciężko zmieścić się w kadrze, oj było! Mam nadzieję, że to już się nie powtórzy :P Mam też pełne pomiary i wydruk z Tanity... Nie wiem czy będę mieć odwagę upublicznić porównanie po miesiącu, ale na bank będzie prędzej czy też później! O to się nie bójcie :) 

13 maja 2017

CIĘŻKICH POWROTÓW CIĄG DALSZY...

Tak, to znowu ja... 
WRÓCIŁAM! Czy na dobre? Czas pokaże...

Witajcie!
Długo wahałam się czy zamieścić tego posta, ale wiem z własnego doświadczenia oraz otoczenia, że wiele osób boryka się z tym samym problemem co ja, a nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, a ja jestem osobą, która próbuje pomóc kiedy tylko może. Nie wykluczam, że i Wy przechodzicie przez dokładnie to samo przez co przechodziłam ja... Ten temat jest ściśle powiązany z tym dlaczego zniknęłam, gdzie przez ten czas się podziewałam i dlaczego nie pisałam... 

Nie! To nie będzie tłumaczenie się... z resztą... może same zrozumiecie. 

Dwa lata temu moje bardzo lekkie, na pozór idealne życie zmieniło się diametralnie. Utraciłam to co kochałam, ponieważ rozstałam się z mężczyzną, z którym wiązałam swoją przyszłość, przy którym po raz pierwszy poczułam, że to właśnie to, że to u jego boku chcę spędzić całe życie. Niestety los bywa pokrętny, a ja ze względu na to, że jestem altruistką chciałam go uratować, pomóc mu przejść przez jego problemy. Myślałam, że jestem silna, w końcu wiedziałam co to walka ze swoim niskim poczuciem wartości, niestety przeliczyłam swoje możliwości. Nie będę wgłębiać się w temat, ale jego problemy ciążyły na mnie jak głazy, i mimo, że to wielkie uczucie jakim go darzyłam dodawało mi skrzydeł do tego stopnia, że mogłam latać czułam, że z każdym dniem spadam coraz niżej i niżej, aż wreszcie dosięgnęłam dna gdy On nagle postanowił mnie odciążyć i uwolnić od jego problemów. Wtedy dopadły mnie moje demony, a ja wpadłam w głęboki dół... 

Nigdy nie zapomnę tamtej nocy, bo wtedy zgubiłam gdzieś siebie, a do tego skręciłam poważnie kostkę co również było konsekwencją tego samego wydarzenia. Dzień później obudziłam się samotna, opuszczona, zniszczona, a do tego z nogą w gipsie. Wszystko co kochałam, w co wierzyłam rozmyło się jak makijaż po przepłakaniu całej nocy. Przez dni siedziałam w fotelu gapiąc się w ścianę, czułam się martwa, nie mówiłam, nie chodziłam, nie chciałam jeść. Nie czułam bólu, nie czułam nic... po prostu mnie nie było. Nagle nasiliły się koszmary nocne przez, które nie mogłam przespać ani jednej nocy. Pojawiły się ataki paniki... Wylądowałam u psychiatry, dostałam antydepresanty na nerwicę lękową. Z czasem powoli wracałam do żywych, po prostu musiałam. Po kilku tygodniach było lepiej, a ja oddałam się swojej nowej pasji - mojemu motocyklowi. Wierzyłam, że to lek na całe zło. Spędzałam na motocyklu każdą możliwą chwilę, poznawałam nowych ludzi i cały czas udawałam, że jest ok. Niestety nie było... Gdy byłam wśród ludzi uśmiechałam się szeroko po to by później przepłakać całą noc. Brakowało mi chęci do życia, gdy nie dopisywała pogoda nawet nie opuszczałam łóżka, bo jedynym moim celem był wówczas motocykl. Potem dostałam pracę i wyjechałam na trochę z Krakowa. Praca była bardzo stresująca, ale poświęcałam się jej w 100%. Wychodziłam z domu nad ranem, a wracałam nawet o 1 w nocy. Pracowałam i spałam, spałam i pracowałam. Było dobrze, bo dobrze zarabiałam... Mogłam pozwolić sobie na wszystko. W pewnym momencie moje nerwy nie wytrzymały i musiałam zrezygnować. Wtedy pracę zastąpiły imprezy. Ciągle czegoś mi brakowało.... Wśród ludzi czułam się dobrze, ale gdy tylko wracałam do mieszkania czułam się tak cholernie samotna, że wszystko szlag trafiał. W efekcie przestałam znów wychodzić z domu, zamykałam się w swoich czterech ścianach, przesypiałam większość dnia, a pracowałam w domu. Pomyślałam wtedy, że może to "cztery łapy" będą lekiem na całe zło i wystąpiłam o adopcję psa. Chciałam znów być tą samą dziewczyną, którą byłam kiedyś! Aktywną, uśmiechniętą, z dużym poczuciem humoru, ale nie miałam po co żyć. Gdy pojawiła się Bella - moja suczka rasy husky poczułam się potrzebna, bo w końcu byłam odpowiedzialna za żywą istotę, ale to nie wystarczyło by wyciągnąć mnie z dna na którym się znajdowałam. Ilekroć lekko podrywałam się do góry, od razu spadałam roztrzaskując się niczym okręt o skały i tonęłam. Czułam się jak gdybym była po za swoim ciałem, jakbym stała obok siebie obserwując to wszystko co się dzieje i próbowała krzyczeć - NIE RÓB TEGO! To tak jak w koszmarach gdy budzisz się zlany potem po tym jak we śnie chcesz krzyczeć, a nie możesz wydać z siebie nawet szeptu... Próbowałam rozmawiać ze znajomymi, mówiłam, że jakoś nic mnie nie cieszy, ale każdy mówił - "A weź nie pierdol!. Myślałam że coś ze mną jest nie tak, ale w pewnym momencie zaczęłam nawet ich unikać. Było mi źle! Nie cieszyła mnie praca i to, że wreszcie dobrze zarabiałam, nie cieszyły mnie sukcesy, nawet motocykl przestał mnie cieszyć. Musiałam się zmuszać by wstać z łóżka... Pojawił się alkohol, dużo więcej wypalanych paczek papierosów w ciągu dnia... Na imprezach się śmiałam, dobrze bawiłam, poznawałam ludzi... ale nadal czułam, że to nie ja. Alkohol zagłuszał jednak to poczucie. Wszystkiego było coraz więcej, a mnie w tym wszystkim coraz mniej.  

Jedna impreza uświadomiła mi na jakim jestem dnie... uświadomiła mi jak cholernie się pogubiłam. 
Kilka dni później umówiłam się na wizytę do lekarza... 


Diagnoza? Głęboka depresja! 
Tak moje drogie... Zachorowałam na cholerną depresję! 

Nie, to nie była chandra... Nie, to nie był zwykły dół... Nie, nie przeszłoby jak przeziębienie tak jak wszyscy mówili! Nie przesadzałam, nie dramatyzowałam, cały czas usilnie szukałam pomocy i ukojenia, którego nie otrzymywałam. Tylko moja mama widziała, że coś jest nie tak, ale przecież ja wiedziałam lepiej co się ze mną dzieje. 

Od tamtego czasu biorę leki i powoli wracam do normy... 
A więc dlaczego to piszę? Tyle lat żyłam w nieświadomości, ja... absolwentka psychologii. Myślałam, że to samo przejdzie, że po prostu mam zły dzień, który przedłużał się do tygodnia, potem miesiąca, a potem roku... Podświadomie szukałam ratunku, szukałam pomocy, kogoś kto wskaże mi drogę... Jedna chwila zadecydowała o tym, że postanowiłam zebrać się do kupy i zacząć z tym gównem walczyć!!! Naprawiłam relacje z osobami, które mówiły mi żebym się ogarnęła, a ja traktowałam to wtedy jako atak na swoją osobę. Wszystko zaczęło się zmieniać... mam trochę więcej energii by przezwyciężać przeciwności losu i chcę walczyć! Chcę być tą osobą, którą pamiętam z przeszłości. 

Depresja to choroba, która we współczesnym świecie dopada coraz więcej osób, a która zbiera swoje żniwo niczym nowotwory. To śmiertelna pułapka! Żyjesz, funkcjonujesz, ale stoisz jakby obok i nie możesz nic z tym zrobić. Nie możesz zrobić nic by coś zmienić. Prowadząc bloga dostawałam od was wiele wiadomości, z których mogłam wyczytać jak głęboko niektóre z Was są pogrążone w smutku, w poczuci swojej niskiej wartości. Ten wpis dedykuje właśnie takim osobom... Kiedyś byłam przykładem zawziętej dziewuchy, która za wszelką cenę postanowiła schudnąć. Pomagałam Wam, motywowałam... Teraz chcę Wam także uświadomić, że gdy czujecie się źle, gdy czujecie, że jesteście w potrzasku i nic nie możecie zrobić chociaż chcecie, gdy pogrążacie się w swoich problemach, smutkach - NIE JESTEŚCIE W TYM SAME! Nigdy nie chciałam iść do psychiatry, nie chciałam chodzić na terapię, bo w końcu nie jestem wariatką... Przez lata myślałam, że sama sobie poradzę, albo że to samo przejdzie. NIE, NIE PRZESZŁO! 



"  Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. 

Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie.   " 

Paulo Coelho "Weronika postanawia umrzeć"





Babeczki!!! Niezależnie czy macie 15 lat, czy 30, a może 50... możecie czerpać radość z życia, możecie przeciwstawić się przeciwnościom i walczyć! Nie jesteście wcale wariatkami! Nie jesteście psychiczne! Nie różnicie się od innych! Po prostu jesteście chore!!! To prawie tak jak grypa... SAMO NIE PRZEJDZIE! Możecie zmuszać się do funkcjonowania, ale po jakimś czasie zauważycie, że wasze próby były tylko zwykła egzystencją, a nie życiem! Nie można uniknąć problemów... ale można z nimi walczyć dlatego nie wstydźcie się! Nie bójcie się! Niska świadomość depresji jako choroby powoduje, że wiele osób potrafi wpaść w nią tak głęboko, że nawet jest w stanie targnąć się na swoje życie. Nie czekajcie, aż będzie tak źle! Pozwólcie sobie pomóc! Już po kilku dniach odczujecie zmianę, aż wreszcie całkiem wyzdrowiejecie i znów będziecie silnymi babkami, które są gotowe na to co szykuje im los! 

Uwierzcie mi... nie było łatwo mi tego napisać, bo sama kiedyś czułam, że coś ze mną jest nie tak. Teraz walczę, szukam w sobie siły i wiem, że wygram!

Jeśli potrzebujecie pomocy napiszcie do mnie... Chętnie pomogę! Właśnie po to jest ten blog. Wypieprzamy wszystkie choroby, bo zdrowie jest piękne... Prawda? :) 

... TAK! Teraz mogę śmiało powiedzieć... 
MÓJ DROGI ŚWIECIE...WRÓCIŁAM! 
NA PRAWDĘ WRÓCIŁAM! 

Buziaki i do następnego <3