13 listopada 2019

Czasem trzeba coś napisać... czyli SURPRISE

Witajcie kochane!!!
Naprawdę, wierzcie mi! Cały czas próbuję wrócić do pisania choć od jakiegoś czasu widzę większe zainteresowanie youtuberami, instagramowymi influencerami (czy jak to się tam mówi) niż blogerami, a na te w/w przeze mnie rzeczy chyba jestem już za stara :) Czytanie blogów już chyba nie jest modne, ale w sumie może tylko mi się tak wydaje, bo też rzadko to robiłam. 

No, ale nic... obiecałam Wam, że dziś napiszę więc to robię, choć przyznam, że ciężko było mi znaleźć czas i siły...

Od ostatniego posta trochę się zawzięłam i postanowiłam schudnąć. W najlepszym momencie czyli około wakacji ważyłam ok. 74kg i zaczęłam się mieścić w stare ciuchy, nawet te z czasów gdy pisałam bloga regularnie, biegałam, ćwiczyłam i dbałam o zdrowie. Każdy zauważył różnicę! Nawet mój facet, który raczej przepada za szczypiorami i bezcycnymi i bezdupnymi pannami ;) Cóż...

Schudłam, bo po traumatycznych wydarzeniach z maja związanych w poronieniem nie miałam zbytnio apetytu, a i samoocena była nienajlepsza. Wszystko zaczęło się rozpadać, a ja wpadłam w mega pracoholizm i nawet nie było kiedy jeść. Do tego moja tarczyca zaczęła produkować nadmiary hormonu przez co z niedoczynności tarczycy miałam jej nadczynność. Cały organizm zwariował!

Ogólnie nie było źle, wszak schudłam i wagę udało mi się utrzymywać... Brak efektu jojo niezmiernie mnie cieszył.

I tak powoli, powolutku wszystko zaczęło się jako tako układać...

No niestety musiało wydarzyć się coś przez co moja waga znów zaczęła rosnąć i w tej chwili jest to 81kg, ale będzie jeszcze więcej...






.... ale to nic NEGATYWNEGO, a wręcz przeciwnie!
Moje kochane czytelniczki przedstawiam Wam już 33letnią siebie i...



Liliannę lub Oliwiera w pakiecie <3<3<3
Wybaczcie jakość zdjęcia, ale robiłam na szybko między gotowaniem, a sprzątaniem.


No i tak... tym razem ciąża rozwija się prawidłowo, a mój brzuch jest widoczny już gdzieś od 9tc. Trudno mi się przestawić na tryb CIĄŻA, bo jak pewnie pamiętacie to raczej miałam dość ambiwalentne podejście do posiadania potomstwa. Tak po prostu ponownie wyszło... Po poronieniu na prawdę nie sądziłam, że do tego dojdzie, aż tu nagle taka wiadomość.

Aktualnie jestem w 13 tygodniu. Minął najtrudniejszy i najbardziej ryzykowany okres ciąży i wszystko jest ok, ale ja nadal panikuje. Nie wspomnę już o tym w jakim stanie są moje hormony, bo jeżeli uda mi się nikogo nie ukatrupić przez najbliższe pół roku to będzie to cud.

No i teraz kochane musicie mi wybaczyć, że zamiast chudnąć zmienię się w wieloryba, ale za to będę mieć o czym pisać po porodzie ;) 

4 maja 2019

"Opowiem Wam jej historię" czyli ból, który rozrywa duszę i serce...

To będzie jeden z najtrudniejszych postów w moim życiu... jeden z najbardziej bolesnych i rozrywających serce i duszę... 

Opowiem Wam jej historię... 

Życie często pisze zaskakujące scenariusze, które niestety rzadko kończą się happy endem, bo życie to nie komedia romantyczna. Moje życie nigdy mnie nie oszczędzało, ale nie spodziewałam się, że wszystko tak po prostu się zakończy... 


Zawsze uważałam się za bardzo silną osobę, bo życie kopało mnie prosto w dupę nie jeden czy dwa razy. Z wiekiem myślałam, że wszystko się ułoży wszak będę starsza, mądrzejsza i na pewno nie będę popełniać więcej głupich błędów. Niestety... czasem nie trzeba popełniać błędu by życie dokopało Ci jeszcze mocniej.

Jakiś czas temu odsunęłam od siebie cierpienie, zaczęłam znów walczyć, podniosłam się po kolejnej życiowej porażce i zaczęłam skupiać się na tym na czym mogę czyli na swoim własnym celu, na szczęściu. To dziwne i nielogiczne, ale gdy już raz udało mi się osiągnąć cel w postaci fajnej sylwetki i zdrowia byłam szczęśliwsza i przyciągałam do siebie dobre wydarzenia jak magnes. Przyciągałam też dobrych ludzi i miałam siłę by odciąć się od ludzi, którzy ciągnęli mnie w dół.

Wydaje się to takie proste.... ale zarazem puste i przyziemne, bo jak dobry wygląd może tak odmienić człowieka? Nie wiem... No kur... nie wiem!!! Sama też nie mogę w to uwierzyć, ale tak właśnie było.

Chciałam znów móc dojść do tego samego stanu więc zebrałam się w sobie i zaczęłam walczyć... W krótkim czasie udało mi się schudnąć bez nadmiernego wysiłku. Niestety tutaj też i nerwy mocno mi w tym pomogły. Nie powiem, że to było zdrowe chudnięcie, ale na pewno okazało się skuteczne. Tę utratę bagatela 15kg odczuła nawet moja tarczyca...

Gdy byłam już o krok od powrotu do treningów wydarzyło się coś co postawiło moje życie na głowie... przeczuwałam coś, ale nie dopuszczałam do siebie tej myśli. Nagle okazało się, że JESTEM W CIĄŻY. Byłam przerażona... ale czułam szczęście... Mimo wszystko nie dopuszczałam go do siebie, bo niestety jestem w związku, który wisi na włosku i tak naprawdę nie wiem kiedy pęknie na amen. Zaczęły się obawy czy sobie poradzę, bo przecież nie wiem co będzie za te 9 miesięcy, a ja czasem nie potrafię zaopiekować się moimi zwierzakami... Wiedziałam jednak, że mam pomoc przyjaciół i rodziców. Ciąża zbiła mnie z tropu... byłam wtedy na zakręcie życiowym nawet w kwestii finansowej... W sumie cały czas myślałam też o sobie jak o samotnej matce. Nie wiem... niby chciałam dziecka, niby byłam szczęśliwa, ale rozsądek nie pozwalał mi się cieszyć. Może już wtedy wyczuwałam najgorsze...

Pierwszy test zrobiłam 3 marca... był negatywny. Kolejny 9 marca, bo coś ciągle nie dawało mi spokoju... Akurat tego dnia przyjechał po mnie tata i zdążyłam tylko szybko rzucić wzrokiem na test. Zobaczyłam jedna wyraźną kreskę... Test znów wpadł w moje ręce 2 dni później gdy z szafki zrzuciła go moja Kota... zupełnie jakby chciała mi powiedzieć "Patrz głupia babo!". Na teście dostrzegłam drugą, bardzo cienką linię... no tak, ale przecież ta linia mogła się pojawić, bo test długo leżał i o niczym to nie świadczy. Następnego więc dnia poszłam po kolejne testy z samego rana by się przekonać... Tak! Każdy z nich pokazał dwie kreski... Tym razem już wyraźne. Następnego dnia zrobiłam betaHCG i miałam czarno na białym, że TAK! Jestem w ciąży! Akurat rozstałam się wtedy z facetem i nie wiedziałam co zrobić... to trudny związek, a dzień wcześniej dostałam od niego informację, która bardziej zatrzęsła moim światem niż świadomość bycia w ciąży.

Nie wiem jak do tego doszło... to znaczy, no wiem... przecież chodziłam na biologię, ale przez długi czas nie brałam leków na tarczyce, a moja endokrynolog mówiła mi, że w takim stanie w ciąże nie zajdę, że musiałby zdarzyć się cud.

Pomyślałam.... "No kur... CUD!!!"
A ponieważ ostatnio przychodziły mi do głowy rożne rzeczy pomyślałam też, że ta ciąża może miała coś w moim życiu zmienić, że ktoś miał dla mnie jakiś dziwaczny plan. Pierwsza myśl? Że ta ciąża może coś zmieni w naszym związku, który oboje podświadomie sabotowaliśmy. Może miało nas to umocnić, MNIE!!! Dać mi sygnał, żebym coś w swoim życiu zmieniła.

23 marca poszłam na pierwsze USG, ale nie było widoczne nic prócz pęcherzyka ciążowego... Byłam załamana. Lekarz podejrzewał zespół pustego pęcherzyka ciążowego. Miałam odczekać półtora tygodnia i zrobić kolejne USG, a także wyznaczyć przez dwa dni stężenie betaHCG. Okazało się, że beta przyrasta... Na kolejne USG poszłam sama, bo znów jakoś nie byliśmy razem... Na monitorze zobaczyłam COŚ i po chwili usłyszałam bicie serca. Lekarz jednak kazał się nie cieszyć i wrócić ponownie za tydzień... W sumie z trudem udało mu się znaleźć zarodek, bo jakoś się schował i dopiero gdy się poruszyłam to coś znalazł. Byłam szczęśliwa, pogodziłam się nawet z tym, że możliwe, że mój facet po prostu nie będzie w życiu dziecka uczestniczył, ale wiedziałam, że muszę żyć dla tej małej fasolki i być dzielna... w końcu nie ja jedna byłam w takiej sytuacji, prawda?

W ciągu tego tygodnia wydarzyło się bardzo wiele nieprzyjemnych rzeczy, o których nie chcę mówić, bo wiem co bym usłyszała... Zaczęłam mimo wszystko wić gniazdko, zastanawiać się jak to będzie wyglądać gdy dziecko przyjdzie na świat...

Niestety na USG znów sama, wróciłam w kolejny wtorek... Był 9 kwietnia... Usłyszałam, że zarodka nie ma, zniknął, że nie słychać też serca... Nie wierzyłam w to co słyszę. Wsiadłam do samochodu i zaczęłam płakać... "Dlaczego właśnie mnie to spotkało" myślałam... Przez głowę przelatywały mi różne myśli... Może Bóg dał nam szansę na uratowanie związku i widząc, że nic się nie zmieniło po prostu nam to odebrał? Nie chciałam w to uwierzyć... Dzień później poszłam do kolejnego lekarza by upewnić się, że ciąża jest martwa, że już nic z niej nie będzie i pozostaje czekać na poronienie. Usłyszałam dokładnie to samo... Nie miałam już nawet łez by płakać... ale pomyślałam, że mamy jeszcze szansę, że może za 3 miesiące się uda, chociaż pewnie nawet mój facet nie chciałby o tym słyszeć. Dostałam skierowanie do szpitala, ale nie chciałam tego wywoływać. Pomyślicie, że jestem nienormalna? No cóż... po prostu chciałam by natura zadziałała sama.

Martwą ciąże nosiłam do wczoraj... aż się wszystko zaczęło... I szczerze? nie życzę tego naprawdę nikomu! Krew, strach, potworny ból, który mnie paraliżował i mój facet, który miałam wrażenie, że w ogóle nie widzi co się dzieje. Zaczęło się dzień po naszej rocznicy... o 6 rano... Około 10 zdecydowałam, że jednak muszę jechać do szpitala. Tego co czułam nigdy nie zapomnę... Tego co miałam w głowie, tego w jakim byłam stanie... Zabieg miałam dopiero po kilku godzinach i mimo, że zostałam poddana narkozie to i tak miałam wrażenie, że dokładnie wiem co się działo. Ze szpitala wyszłam na własne żądanie ok. 22 wieczorem... Po prostu chciałam wrócić do domu, do swojego łóżka, do faceta, który myślałam, że się mną zaopiekuje, do moich futrzaków... Stan fizyczny wydawał się okej, ale psychiczny już gorzej... Mimo, że przez tak długi czas miałam możliwość uporania się z myślami, że straciłam swoje dziecko. Nie wiem czy każda kobieta tak przez to przechodzi, ale oczekiwałam, że chociaż teraz może będę mogła się trochę poużalać nad swoim losem, bo widzicie... wsparcia w tym nie miałam. Byłam sama w tym cierpieniu, a może tak mi się tylko wydawało? Nie potrafię już nawet myśleć racjonalnie...

Dziś już nie boli fizycznie... trochę mnie tylko pobolewa... Ale znów zostałam sama. Rzekomo na własne życzenie, bo jestem egoistką i myślę tylko o sobie, o swoim stanie i poronieniu. Że przespałam cały dzień... Wiecie co jest najgorsze? Że nigdy wcześniej nie byłam w szpitalu... Nie miałam operacji prócz składania złamanej ręki gdy byłam nastolatką. Tak przerażona nie byłam nigdy w życiu. A mogłoby się wydawać, że to nic takiego... rutynowy zabieg, który przecież jest bezpieczny.

To wszystko co się wydarzyło dało mi wiele do myślenia i doszłam do wniosku, że mam w sobie tyle bólu, żalu i cierpienia, że nie poradzę sobie z tym leżąc w łóżku... Postanowiłam, że gdy tylko to wszystko się zakończy, gdy wszystko się wygoi przynajmniej w kwestii fizycznej to chcę wrócić do tamtego stanu. Do tego jak czułam się gdy biegałam i w ten sposób wyrzucałam z siebie wszystko co negatywne. To już chyba nawet nie jest kwestia tego, że po prostu chcę utrzymać figurę, czy dobrze wyglądać, ale po prostu zacząć czuć coś innego niż tylko przerażenie, smutek i cierpienie... Naprawdę pamiętam jak się wtedy czułam i to nie była tylko kwestia wyglądu. To była dziwna, nieznana mi dotąd siła... Teraz myślę, że może to właśnie to... Że to może nie miał być kop w dupę by zmienić coś w związku, ale by zmienić całe życie. Bo ile można żyć pogrążonym w smutku... patrzeć jak życie przebiega tuż obok? Tkwić w miejscu i po prostu cierpieć? Boże... przecież zawsze byłam pełna życia, uśmiechnięta... taka pozytywna wariatka...

Tak... będę potrzebować bloga by się wzmocnić... Tylko czy to tak się da? Tak nagle po prostu wrócić do życia, bo to nie jest nawet kwestia treningów, ale po prostu ŻYCIA!!! To chyba dla mnie być lub nie być... Wiem, że nie zapomnę wydarzeń z ostatnich miesięcy, wiem że będę nadal to wszystko przeżywać na nowo i na nowo... ale może chociaż na chwilę znajdę ukojenie i odnajdę to co gdzieś zgubiłam... SIEBIE! 



RIP 2.05.2019 [*] Mój OKRUSZEK  



11 grudnia 2018

"Jestem taka piękna!" czyli UWIERZ W SIEBIE!!!

Helloł moje kochane <3

Jestem z powrotem ze świeżutkimi rozkminkami na temat odchudzania. 
Ostatnio miałam sporo czasu by pomyśleć na temat swojego życia i uświadomiłam sobie, że ono wcale nie było lepsze wtedy kiedy byłam szczupła, młoda i piękna... dziś zostało tylko piękna ;) 


Współczesny świat jest niesprawiedliwy!!! Od kobiet wciąż wymaga się by były zawsze IDEALNE. Cholera, tylko co to znaczy? Obserwuje czasem Instagram chociaż to coś czego kompletnie nie potrafię zrozumieć. Nawet Instagrama mojej firmy założyłam dopiero po mendzeniu mojej stażystki, która jest 10 lat ode mnie młodsza. I co tam widzę? Plastik fantastik... Dobra, ja też częściowo swoim zajęciem przyczyniam się do tworzenia tej wszechobecnej "sztuczności", ale nie potrafiłabym chyba z normalnej, ładnej kobiety stworzyć klona sióstr Godlewskich :P  Dokąd ten świat zmierza? Wszędzie wyrozbierane, powypinane dziunie, z napompowanymi ustami, full makeupie... Osobiście nie razi mnie to. Niech każdy robi ze sobą co chce, ale dlaczego aż tak? Internety, instagramy i inne tam takie sprawiły, że ludzie dziś skupiają się głównie na tym co widać, a nie na tym co niewidoczne. Szlag mnie trafia, ale nie dlatego, że jestem zazdrosna czy coś w ten deseń. Po prostu irytuje mnie, że coraz więcej ludzi właśnie takiej idealności wymaga od zwykłych kobitek takich jak ja czy Wy...



Rozmyślając nad tym zastanawiałam się do czego byłabym zdolna by dorównać niektórym pięknością z internetu... i uświadomiłam sobie, że gdyby było mnie stać to na pewno zrobiłabym ze sobą bardzo wiele. Smutne prawda? Laska, która kiedyś była modelką, za którą uganiały się tabuny facetów ma tak spieprzone poczucie wartości, że byłaby skłonna iść nawet pod nóż by dopasować się do panujących kanonów urody. Każda z nas, nawet szczupła, piękna też ma jakiś mankament, który chciałaby ukryć, zniwelować, albo po prostu usunąć... No nie wierzę, że istnieje kobieta, która nie ma żadnych kompleksów.

Oprócz wyglądu od kobiet wymaga się by były wykształcone, inteligentne, opiekuńcze... by były jak roboty! Oczekują od nas byśmy od razu po ciąży wyglądały jak modelki Victoria's Secret... Byśmy były perfekcyjnymi paniami domu, cudownymi matkami i jeszcze żebyśmy były niezależne i zarabiały gruby hajs. Kiedyś istniały zupełnie inne ideały... KOBIETA MIAŁA BYĆ KOBIETĄ! Dobrą żoną, dobrą matką... Jak mamy więc sprostać tym wszystkim wymaganiom?

Wracając jednak do wyglądu... Jakiś czas temu na facebooku pożaliłam się Wam, że jestem w rozsypce, bo mój facet nie akceptuje mojego wyglądu. Tak było na początku związku... Wpędził mnie w straszne kompleksy, a ja tak bardzo chciałam być idealna, że zgubiłam gdzieś samą siebie. Nadal jesteśmy razem i wiecie co? Wiele się zmieniło, bo spojrzał głębiej i zobaczył jakim jestem człowiekiem. Nie mniej jednak, ja nadal chciałabym być dla niego idealna. Najśmieszniejsze jest to, że wtedy byłam zakopana we własnym kompleksach... w pewnym momencie poczułam się pewniej, lepiej... poczułam się po prostu lepiej we własnej skórze i wiecie co? To był przełom... Zaakceptowałam siebie, nie zrobię przecież nic na siłę. Znam swoje dobre i złe strony... Dzięki temu wiem co mogę zmienić, a co w sobie pielęgnować. Idealna przecież nie będę nigdy.

Nie wiem czy kojarzycie, ale stosunkowo niedawno w kinach pojawił się film z Amy Schumer "Jestem taka piękna!". Jeśli jeszcze go nie widziałyście to polecam obejrzeć, bo może fabuła nie należy do zbyt ambitnych, ale sam film pokazuje coś bardzo istotnego... Pokazuje, że to co czujesz wewnątrz odbija się na zewnątrz. Film opowiada o kobiecie z nadwagą, która po małym wypadku i chwilowej utracie świadomości zaczyna myśleć, że jest o wiele szczuplejsza, a to odbija się w jej pewności siebie. I ta sama kobieta, ale z zupełnie innym podejściem nagle zmienia swoje życie.

Prawda jest taka... Jeśli myślisz, że nic nie możesz zmienić to zmień myślenie!!!
Sama jestem tego przykładem... Zmieniłam kolor włosów, zaczęłam się ładnie ubierać, malować... Zrobiłam gruntowny remont swojego mieszkania i zbudowałam sobie nawet małą garderobę (o tym jak tego dokonałam za nieduże pieniądze też Wam napiszę w najbliższym czasie gdy się tylko w pełni uporządkuje). Zmieniłam wszystko co tylko mogłam... i od razu poczułam się jak główna bohaterka w/w filmu. Wszystko zaczęło się lepiej układać z moim związkiem na czele.

A ja głupia kretynka już się zastanawiałam jak zdobyć pieniądze na liposukcje i wybierałam się po skierowanie na operację zmniejszania piersi... Chciałam uwydatnić kości policzkowe kwasem hialuronowym i ukształtować nos i brodę... Chciałam stać się kimś innym, bo to teraz żadna filozofia jeśli tylko Cię na to stać... Żyje zdrowo... Dobrze się odżywiam (z małymi wyjątkami ;) ), ograniczyłam alkohol, a teraz przymierzam się by rzucić fajki w cholerę...

WYSTARCZYŁO TYLKO UWIERZYĆ W SIEBIE! 

No cóż... ja kiedyś schudnę, a Ci którzy tylko to we mnie widzieli nigdy nie zmądrzeją i taka jest prawda. Mam o wiele więcej do zaoferowania niż zgrabne ciało czy ładną buzie i to mnie cieszy. Oczywiście nie zmienia to faktu, że nadal chcę zawalczyć o siebie i zrzucić te nadprogramowe kilogramy, ale nie jest to już moim głównym celem. Zrobię to po swojemu, pod okiem lekarza endokrynologa, który prowadzi mnie w Hashimoto... Zadbam o swoje zdrowie!!!

Pieprzyć to, że nie jestem idealna... przecież nigdy bym nie była. Grunt, że w głowie mam zdrowo poukładane :) 

Zastanówcie się więc czasem dlaczego chcecie coś w sobie zmieniać... Czy to nie przypadkiem nacisk społeczeństwa? Zróbcie to dla siebie, dla swojego zdrowia, bo innym nigdy nie dogodzicie. W czasach gdzie kładzie się taki nacisk na wygląd zewnętrzny, my kobiety musimy się jakoś bronić, bo inaczej wszystkie wylądujemy w psychiatryku. Nie dajcie sobie wmówić, że coś jest z Wami nie tak... Zadbajcie o siebie! O swoje otoczenie, o wygląd, o duchowość... Życie jest zbyt krótkie by dać się zwariować... Każda z Nas ma wystarczająco swoich problemów by skupiać się tylko na kilku nadprogramowych kilogramach. 

Skoro ja potrafiłam włączyć pozytywne myślenie to wierzę, że i Wam się uda :*
Buziaki i do następnego <3

22 listopada 2018

Co u mnie słychać...

Witajcie

Jeszcze do niedawna sądziłam, że tu już nie wrócę, ale jednak zdecydowałam, że blog był moją główną grupą wsparcia i nie mogę ot tak się tego wsparcia pozbawić. 

Więc jestem z powrotem... 

Kochane... dostałam od Was bardzo dużo wiadomości po moim rozpaczliwym poście dotyczącym ciulowego samopoczucia przy hashimoto i wielu burzliwych zdarzeń z mojego życia prywatnego. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego odzewu i muszę Wam bardzo, ale to bardzo mocno podziękować! To dla mnie niezwykle ważne. Dlaczego? Bo ilekroć się poddaje przypominam sobie jak bardzo mnie wspierałyście bym wygrała z tym cholerstwem i tylko to jeszcze jakoś trzyma mnie w całości. 



W moim życiu zaszło wiele zmian, ale to dopiero kropelka w oceanie do zmian właściwych. Ostatnio borykam się ze zwyczajną, szarą codziennością, problemami finansowymi, kredytami... no kto tego nie zna. Moim życiem zawładnęła miłość... czasem mniej lub bardziej toksyczna, ale jestem już w takim wieku, że nie wierzę w "żyli długo i szczęśliwie". Jeszcze do niedawna chciałam się dla niego zmieniać... był moja główną motywacja w walce o siebie, ale wiecie co? Pierdole to! Przecież ja żyję dla siebie! To ja czuje się ze sobą źle więc pora wreszcie coś z tym zrobić. Od diagnozy minęło już trochę czasu... była intensywna walka, potem etap zaprzeczenia, że leki, dieta i wszystko jest gówno warte, bo przecież nie widzę u siebie żadnej poprawy. Potrzebowałam wiele czasu by przestać użalać się nad sobą, że akurat mnie to dopadło, bo przecież zapalenie tarczycy nie bez przyczyny zyskuje miano choroby cywilizacyjnej. Powoli kieruje się na dobre tory... przestaje obrzucać się poczuciem winy gdy coś mi nie wychodzi, bo przecież to nie na tym polega. Małe kroczki... i do celu! Nie popadam w euforie, że tak, oczywiście, wyleczę to gówno z dnia na dzień. Nie! Wiem, że to wymaga kupę czasu i zaakceptowania, że właśnie taka jestem. Każdego dnia układam sobie w głowie fakt, że przecież nie jestem z tym wszystkim sama. Zaakceptowałam to. Tak widocznie musiało być. Niestety... moja tarczyca jest w tragicznym stanie. Rzuciła się na cały mój organizm... Trudno będzie ją pozbierać do kupy tym bardziej, że każdy endokrynolog i dietetyk mówi mi zupełnie co innego. Najgorszym z możliwych objawów hashimoto jest mój stan psychiczny i nerwy. Wystarczy drobny szczegół by wyprowadzić mnie z równowagi. Zapalenie tarczycy obdarło mnie całkowicie z kobiecości, z poczucia własnej wartości... Patrze w lustro (o ile w ogóle patrze) i widzę kogoś zupełnie innego. Kiedyś nie miałam takiej ilości kompleksów, a teraz? W mieszkaniu przeprowadziłam diametralny remont i wiecie co? Nie kupiłam nawet porządnego lustra by móc się w nim przejrzeć przed wyjściem. To coś silniejszego ode mnie. Pokonuje mnie za każdym razem gdy tylko się widzę i chociaż usilnie próbuje funkcjonować jak kiedyś to nie potrafię.

Gdzie podziała się ta maniaczka zdrowego trybu życia? 
Jest tu nadal... 
Widzicie... w dalszym ciągu patrze co kupuję, nie jem chemii, staram się unikać fastfoodów, słodyczy... Dbam o to co jem, chociaż ostatnimi czasy jadłam bardzo niewiele, bo organizm mi na to nie pozwalał i jakkolwiek to zabrzmi, zwracałam wszystko co w siebie wrzuciłam. Teraz jest już lepiej. Przyjmuje pokarm, ale w bardzo niewielkich ilościach. W każdym razie z jakości spożywanych produktów nigdy nie zrezygnowałam dla tańszych odpowiedników naszpikowanych chemią.

Najgorszy jest brak ruchu, ale nawet gdy ruszam się dużo więcej to efektów brak. Niedawno wybrałam się nawet na Turbacz z moją przyjaciółką i muszę przyznać, że brakowało mi takiego wysiłku. Moim problemem aktualnie nawet nie jest lenistwo... Bardziej brak sił i mówię to dosłownie. Potrafię przespać całą noc i cały dzień i ciągle czuje zmęczenie. Gdy mam większą ilość energii to najczęściej blokuje mnie czyjaś obecność podczas treningów czyli jak się pewnie domyślacie jestem w takiej fazie, że aktywność fizyczna publicznie jest dla mnie nie do przeskoczenia.

Wpadłam w błędne koło... ale jestem już bliżej niż byłam do przepracowania tego. 

Po prostu funkcjonuje z dnia na dzień, nie ustalam sobie żadnych celów, bo wiem, że ich niezrealizowanie tylko mocniej mnie sfrustruje. Do zrzucenia mam dokładnie 20kg i przeraża mnie ta liczba. U siebie w mieszkaniu nie mam wagi, ale coś mnie podkusiło by stanąć na wadze u rodziców i okazuje się, że ważę 89,2 kg przy moim 175cm wzrostu. Może to nie jest nie wiadomo ile, ale obawiam się, że na tym się nie zatrzymam. Mimo wszystko zauważyłam jednak, że trochę ostatnio zrzuciłam... Nawet mój facet to potwierdził, a on jest w tej kwestii wyjątkowo wyczulony. Widać to również po niektórych ciuchach jak np. moim kombinezonie na moto, w który jeszcze do niedawna w ogóle się nie mieściłam. Powiem Wam, że myślałam, że jestem na podobnym etapie jak wtedy... spodziewałam się może 85kg, ale nie prawie 90!!! Kompletnie tego nie odczuwam!!!

Ale... (i tu wiadomość do Was) zrobiłam zdjęcia... zważyłam się.... zrobiłam pomiary...
Jeśli po pierwszym miesiącu zobaczę różnicę to podzielę się nią z Wami... Może to mnie zmobilizuje by jednak zrobić co w mojej mocy i powalczyć o siebie.

Przyznam się, że wczoraj nawet miałam jakiś wzrost wiary w siebie i ogólnego samopoczucia i śmiałam się, że ja schudnę i jest to realne, że w pierwszy miesiąc polecę mocno z wagi... a mój facet mimo iż twierdzi, że ma super genetykę i gdyby tylko chciał to w sekundzie wróci do boskiej sylwetki to jakoś tego nie widzę :) W efekcie będzie tak, że ja zacznę chudnąć, a on tyć... No cóż, los bywa przekorny.



I tym wesołym akcentem skończę Was dziś zanudzać... Mam nadzieje, że mój niecny plan podbicia świata się uda i że za równy miesiąc zobaczycie pierwsze porównanie... 

Buziaki :*

17 lutego 2018

WITAJ, NAZYWAM SIĘ HASHIMOTO...

... i jestem tutaj po to by zniszczyć Twoje życie!

Witajcie po przerwie... kolejnej...
Myślę, że tytuł dzisiejszego posta mówi więcej niż tysiąc słów, ale dla tych mniej domyślnych... MAM W SOBIE CHOLERNEGO GNOJA, KTÓRY SPRAWIA, ŻE NIE MOGĘ ŻYĆ NORMALNIE! TEN PASOŻYT NAZYWA SIĘ HASHIMOTO!



 Chwilę zajęło mi uporanie się ze świadomością, że i ja stałam się ofiarą tego potwora. Nie do końca potrafiłam się z tym pogodzić mimo, że podejrzewałam to już od bardzo dawna. Wyparcie jednak zrobiło swoje. 

Niedawno pisałam Wam o mojej ciężkiej depresji... To właśnie wtedy ten gnój zaczął mocniej panoszyć się w moim organizmie doprowadzając mnie do skraju załamania nerwowego. Przez ostatnie miesiące, a nawet lata nie żyłam jak inni. Miałam wrażenie, że obserwuje świat stojąc z boku, gdzieś obok... jak przez weneckie lustro. Do mnie docierało wszystko, ale ja przestałam mieć siłę przebicia. Spowodowało to, że oddaliłam się od ludzi. Zaczęłam egzystować w swoich czterech ścianach i wiedząc, że nie powinno tak być pogodziłam się z tym. Łatwiej było pogodzić mi się z faktem, że choruję na depresję jako, że wiem czym są choroby psychiczne po ukończonych studiach psychologicznych. Gdy roczna już terapia farmakologiczna nie przynosiła efektów, mój lekarz poprosił mnie o pełną diagnostykę tarczycy. Zrobiłam to i nie miałam wątpliwości jaki wynik otrzymam. Moje TSH znalazło się w górnej granicy normy, a ilość przeciwwciał w mojej krwi przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Norma ATPO to 115, a u mnie? 1758. Nieciekawie prawda? Tak to się zaczęło...


Analizując wyniki usłyszałam dźwięk pękającego szkła... To był cios poniżej pasa. W pierwszej kolejności musiałam temat utopić w kieliszku wódki, a potem zastanowić się co dalej z tym fantem zrobić. Mając świadomość tego z czym wiąże się Hashimoto nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli. Ja? Chora? NO FUCKING WAY! To niemożliwe!!!

Potrzebowałam kilku dni... Zrozumiałam, że ten cholerny pasażer na gapę podróżuje ze mną od dawna i cicho wyniszcza mój organizm, a ja nie mam zamiaru się poddać! Będę z tym gnojem walczyć! OTWARCIE!!! Teraz nie mam już innego wyjścia w końcu zasługuję na to by móc uczestniczyć w swoim życiu.

Wczoraj byłam u endokrynologa, który potwierdził wszystko co podejrzewałam. Od lat mam Hashimoto, bo moja tarczyca jest zniszczona w większości choć jeszcze lekko pracuje. Na moje nieszczęście autoimmunologiczne zapalenie tarczycy (bo tak fachowo nazywa się Hashimoto) działało tak stopniowo, że przez wiele lat nie odczuwałam objawów lub te przypisywano innym chorobom i zaburzeniom. Podejrzewam, że wszystko zaczęło się około 8 lat temu... potem trochę go wystopowałam gdy zaczęłam prowadzić tego bloga i stałam się maniaczką zdrowego trybu życia. Chwilę później nadmiar nerwów i stresu przyśpieszył proces. I tak teraz stoję tutaj przed Wami mogąc z absolutną pewnością powiedzieć, że to gówno dotknęło i mnie.

Chore jest to, że wszystkie objawy od dawna pasowały, ale lekarze badali u mnie tylko TSH (dwukrotnie) i twierdzili, że wszystko jest w normie. Niestety już wtedy nie było... 



Od lat mam niską temperaturę ciała - około 35,5-35,9 stopni Celsjusza. Podobnie było z ciśnieniem - zawsze niskie. Od lat też szybko się męczyłam, miałam problemy z bezsennością... mówili, że to niedobór magnezu, potasu, że mam nieregularny tryb życia i organizm jest rozregulowany. Pojawiły się wahania nastrojów i szybkie przybieranie na wadze mimo braku zmiany diety. W około rok przytyłam 15kg!!!!! Codziennie budziłam się spuchnięta, moja twarz stała się nalana, a pod oczami pojawiły się ciemne cienie. Myślałam, że to kwestia problemów ze snem... Mój organizm trzymał wodę, moje włosy zaczęły wypadać garściami, a paznokcie... cóż, nigdy nie zachwycały, ale teraz stało się to koszmarne. Często miałam bóle w klatce piersiowej i myślałam, że to kręgosłup. Pojawił się też płytki, przyśpieszony oddech, nocne poty... Tu myślałam, że zaczęłam przedwczesną menopauzę. Absolutnie każdy objaw bagatelizowałam... Właśnie dlatego niedoczynność tarczycy tak trudno jednoznacznie zdiagnozować, bo objawy przypominają inne schorzenia.

Przerażające prawda? 
Nie cofnę tych zniszczeń w kilka tygodni, ale chcę wierzyć, że z każdym dniem zacznę czuć się coraz lepiej. 

Dlaczego o tym piszę? 
Dostawałam od Was wiadomości, że nie chudniecie itd. Proszę! Zbadajcie pełną tarczycę z przeciwciałami. Widzicie do czego doprowadziło to mnie? Mając mniej czasu na treningi i przygotowywanie niektórych potraw szybko przytyłam. To nie był efekt jojo... Teraz już to wiem, ale wtedy mnie to załamało. A teraz 15kg na plusie w niecały rok??? Kilkukrotnie próbowałam... Wracałam na siłownie, spacerowałam godzinami z psem, zaczęłam nawet głodówkę... NIC NIE POMAGAŁO. Ciągle byłam napuchniętą kulką!

Myślałam, że fakt posiadania Hashimoto nie sprawi, że będę potrafiła wrócić do BARDZO zdrowego trybu życia, a jednak. Od kilku dni nie wypiłam ani kropli coli czy innych gazowanych napojów. Teraz moim celem nie jest schudnięcie, a sprawienie by ten gnój przestał atakować moją tarczycę. W ten oto sposób z dnia na dzień zaczynam odżywiać się coraz lepiej. Wciąż chaotycznie, ale czysto. Wróciła mi chęć do spożywania warzyw... zdrowego mięsa... ryb i owoców morza. Wróciła kasza jaglana i owoce... Mocno wyeliminowany został również gluten i muszę powiedzieć, że czuję się świetnie. Jem tłusto, ale zdrowo... Dużo białka, dużo witamin, minimum węglowodanów.

Wierzę, że wspólnymi siłami - JA i ZDROWE ODŻYWIANIE + LEWOTYROKSYNA uśpimy to cholerstwo i moja tarczyca przestanie być atakowana przez intruza. Niestety jeszcze nie czuję się na tyle silna by wrócić do treningów, ale to również kwestia czasu, bo wiem, że muszę! Póki co mój organizm doprowadzony jest do stanu gdzie ledwo daję radę wytrzymać kilka godzin w pracy. Resztę czasu spędzam śpiąc lub próbując zasnąć. To właśnie przez to zaniedbałam cały swój świat... Moje pasje poszły na bok, bo nie miałam siły ich realizować. Nikt też nie potrafił zrozumieć, że ledwo trzymam się na nogach, bo tak kręci mi się w głowie więc i ludzi musiałam porzucić.

Anyway... Powracam na dobre, bo coś czuję, że bez Waszej pomocy nie uda mi się pokonać tego wyjątkowo opornego wroga. Dajcie znać w komentarzach jeśli same borykacie się z tym problemem. Napiszcie jak sobie radzicie, bądźmy dla siebie wsparciem! 

Muszę zaakceptować, że mój pasażer będzie ze mną podróżował już do końca życia, ale nie dam mu się!!! Nie pozwolę by mnie tak po chamsku atakował. Przynajmniej już nigdy nie będę samotna... 
Buziaki <3