23 czerwca 2017

SIŁOWNIA - moja miłość z wzajemnością

... ale też nie jedyna ;)

Witajcie kochane!
Z zamieszczeniem tego posta nosiłam się już od dłuższego czasu, ale ostatnio bardzo ciężko u mnie o chwilę wolnego, bo jestem na ostatniej prostej w rozkręcaniu własnego biznesu, ale o tym opowiem przy innej okazji, bo przecież nigdzie się stąd nie wybieram. Generalnie nie rozumiem dlaczego doba ma tylko 24h, bo codziennie brakuje mi czasu na podstawowe czynności, o blogu już nie wspominając. Mimo wszystko to nie jest tak, że o Was nie pamiętam, bo myślę o Was caaaaaały czas! Co to to nie!

Myślałam też, że w tym zabieganiu nie będę w stanie wrócić do treningów, ale już po prostu musiałam! Mimo wszystko zwlekałam, odkładałam to na kolejny dzień i tak mi schodziło.... Skądś to znacie, co nie? Jednego, pięknego dnia zapytałam moją kumpelę co dziś robi, bo nie wiem co robić i się sama nudzę... i zaczęło się! Wyciągnęła mnie na siłownię! "Skoro już idę, to kupię karnet" pomyślałam i w taki oto sposób postanowiłam wygospodarować w ciągu zalatanego tygodnia kilka godzinek na porządny wycisk za który mój tłusty zadek mi kiedyś podziękuję.

Muszę Wam powiedzieć, że po przerwie (ostatnio na siłownie chodziłam styczeń-marzec) nie było ze mną aż tak źle. Kolejnego dnia spodziewałam się mega zakwasów, a te pojawiły się... ale pojutrze. To zjawisko towarzyszy mi już od pewnego czasu... zakwasy pojawiają się dopiero po upływie 2 nocy. Trochę to dziwne. W każdym razie trening wzięłam sobie mocno do serca tuż po tym gdy stanęłam na wagę, która ukazała mi takie cyfry, których nie spodziewałam się kiedykolwiek zobaczyć. A ja durna baba się dziwie, że bolą mnie stawy, że puchną mi nogi... No cóż, od czegoś zacząć trzeba, a przestąpienie drzwi siłowni to już wielki wyczyn. Powoli porzucam też niezdrowe nałogi żywieniowe, których ostatnio mi przybyło (ŻEEEEELKI!!!!), no ale nie wszystko na raz... Niektóre rzeczy przychodzą same, i żeby nie zniechęcać się na przedbiegach trzeba odpowiednio dozować ten reżim żywieniowy.


Mięśnie nadal mam, ale ukryte pod warstwą sadła i... wody! Niestety mój organizm niewiedząc czemu zaczął ją magazynować. Ten problem na chwilę obecną próbuję zwalczyć stosując Hydrominum, które już raz mi pomogło. Jak będzie tym razem? Czas pokaże.

Trochę trudno jest wrócić w miejsce gdzie większość osób wygląda jak z magazynu o tematyce fitness, ale każdy od czegoś zacząć musi! Oni też nie urodzili się tacy pięknie wyrzeźbieni, prawda? Było mi ciężko pokazać się choćby w legginsach w takim otoczeniu, i choć nie obyło się bez kilku pogardliwych spojrzeń to postanowiłam mieć to głęboko w dupie, tuż obok innych spraw, a wierzcie mi... naprawdę mam w czym. Jestem z gatunku osób bardzo samokrytycznych, które posiadają w domu lustro i nie pokażą się publicznie w czymś co nie wygląda estetycznie lub w takich rzeczach w których mogłyby zostać pomylone na przykład z baleronem. Krótkie spodnie przy takim sadle? O nie! Obcisłe bluzki? Niekoniecznie. Wolę zaoszczędzić innym tego traumatycznego widoku. Generalnie nie byłam sama, bo szybko okazało się, że obydwie (ja i moja kumpela) mamy podobny skład ciała i sylwetkę, choć trochę inne cele. Z resztą ona sama po ostatniej wizycie na siłowni nas podsumowała... No tak! Jesteśmy grubymi pasztetami, ale nic innym do tego! To straszne jak wiele osób właśnie przez wstyd boi się pokazać na siłowni podświadomie wiedząc, że każdy od czegoś zacząć musi. Inni z kolei kompletnie nie przejmują się swoją sylwetką przypominającą ludzika Michelin i paradują po ulicach w krótkich spodniach czy bluzkach, a nawet w legginsach i opiętych do granic możliwości koszulkach. Fajnie, że są osoby, które kochają swoje nadprogramowe kilogramy, ale przesada we wszystkim nie jest polecana. U mnie chodzi głównie o estetykę... Noszę luźne rzeczy, bo wtedy czuję się choć trochę lepiej.



Co chcę osiągnąć? Zrzucić zbędny balast w postaci kilkunastu % sadła, wymodelować ciało, wzmocnić mięśnie.
Jak chcę to osiągnąć? Katując się na siłowni, a nie w kuchni! Więcej białka, mniej węgli. Więcej warzyw, mniej słodyczy. Głodować nie mam zamiaru!!! No i oczywiście PRZYSIADY, PRZYSIADY, PRZYSIADY!!! Dupa sama się nie zbuduje!
Ile razy w tygodniu? Docelowo minimum 3 razy tygodniowo, a max 5 razy. Niestety wiem, że nie zawsze czas mi na to pozwoli, ale będę wykorzystywać każdą możliwą chwilę.

Wiecie... może to i dobrze, że przytyłam, bo tak to o czym bym pisała po odzyskaniu bloga? :) 

Więcej o tym jaki mam dokładnie plan w kolejnych postach z serii JAK SCHUDNĄĆ PO 30STCE 


Trzymajcie za mnie kciuki, bo będę ich potrzebować!!!
Buziaki!

P.S Tak kobitki moje! Zrobiłam zdjęcie do porównania... było ciężko zmieścić się w kadrze, oj było! Mam nadzieję, że to już się nie powtórzy :P Mam też pełne pomiary i wydruk z Tanity... Nie wiem czy będę mieć odwagę upublicznić porównanie po miesiącu, ale na bank będzie prędzej czy też później! O to się nie bójcie :) 

13 maja 2017

CIĘŻKICH POWROTÓW CIĄG DALSZY...

Tak, to znowu ja... 
WRÓCIŁAM! Czy na dobre? Czas pokaże...

Witajcie!
Długo wahałam się czy zamieścić tego posta, ale wiem z własnego doświadczenia oraz otoczenia, że wiele osób boryka się z tym samym problemem co ja, a nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, a ja jestem osobą, która próbuje pomóc kiedy tylko może. Nie wykluczam, że i Wy przechodzicie przez dokładnie to samo przez co przechodziłam ja... Ten temat jest ściśle powiązany z tym dlaczego zniknęłam, gdzie przez ten czas się podziewałam i dlaczego nie pisałam... 

Nie! To nie będzie tłumaczenie się... z resztą... może same zrozumiecie. 

Dwa lata temu moje bardzo lekkie, na pozór idealne życie zmieniło się diametralnie. Utraciłam to co kochałam, ponieważ rozstałam się z mężczyzną, z którym wiązałam swoją przyszłość, przy którym po raz pierwszy poczułam, że to właśnie to, że to u jego boku chcę spędzić całe życie. Niestety los bywa pokrętny, a ja ze względu na to, że jestem altruistką chciałam go uratować, pomóc mu przejść przez jego problemy. Myślałam, że jestem silna, w końcu wiedziałam co to walka ze swoim niskim poczuciem wartości, niestety przeliczyłam swoje możliwości. Nie będę wgłębiać się w temat, ale jego problemy ciążyły na mnie jak głazy, i mimo, że to wielkie uczucie jakim go darzyłam dodawało mi skrzydeł do tego stopnia, że mogłam latać czułam, że z każdym dniem spadam coraz niżej i niżej, aż wreszcie dosięgnęłam dna gdy On nagle postanowił mnie odciążyć i uwolnić od jego problemów. Wtedy dopadły mnie moje demony, a ja wpadłam w głęboki dół... 

Nigdy nie zapomnę tamtej nocy, bo wtedy zgubiłam gdzieś siebie, a do tego skręciłam poważnie kostkę co również było konsekwencją tego samego wydarzenia. Dzień później obudziłam się samotna, opuszczona, zniszczona, a do tego z nogą w gipsie. Wszystko co kochałam, w co wierzyłam rozmyło się jak makijaż po przepłakaniu całej nocy. Przez dni siedziałam w fotelu gapiąc się w ścianę, czułam się martwa, nie mówiłam, nie chodziłam, nie chciałam jeść. Nie czułam bólu, nie czułam nic... po prostu mnie nie było. Nagle nasiliły się koszmary nocne przez, które nie mogłam przespać ani jednej nocy. Pojawiły się ataki paniki... Wylądowałam u psychiatry, dostałam antydepresanty na nerwicę lękową. Z czasem powoli wracałam do żywych, po prostu musiałam. Po kilku tygodniach było lepiej, a ja oddałam się swojej nowej pasji - mojemu motocyklowi. Wierzyłam, że to lek na całe zło. Spędzałam na motocyklu każdą możliwą chwilę, poznawałam nowych ludzi i cały czas udawałam, że jest ok. Niestety nie było... Gdy byłam wśród ludzi uśmiechałam się szeroko po to by później przepłakać całą noc. Brakowało mi chęci do życia, gdy nie dopisywała pogoda nawet nie opuszczałam łóżka, bo jedynym moim celem był wówczas motocykl. Potem dostałam pracę i wyjechałam na trochę z Krakowa. Praca była bardzo stresująca, ale poświęcałam się jej w 100%. Wychodziłam z domu nad ranem, a wracałam nawet o 1 w nocy. Pracowałam i spałam, spałam i pracowałam. Było dobrze, bo dobrze zarabiałam... Mogłam pozwolić sobie na wszystko. W pewnym momencie moje nerwy nie wytrzymały i musiałam zrezygnować. Wtedy pracę zastąpiły imprezy. Ciągle czegoś mi brakowało.... Wśród ludzi czułam się dobrze, ale gdy tylko wracałam do mieszkania czułam się tak cholernie samotna, że wszystko szlag trafiał. W efekcie przestałam znów wychodzić z domu, zamykałam się w swoich czterech ścianach, przesypiałam większość dnia, a pracowałam w domu. Pomyślałam wtedy, że może to "cztery łapy" będą lekiem na całe zło i wystąpiłam o adopcję psa. Chciałam znów być tą samą dziewczyną, którą byłam kiedyś! Aktywną, uśmiechniętą, z dużym poczuciem humoru, ale nie miałam po co żyć. Gdy pojawiła się Bella - moja suczka rasy husky poczułam się potrzebna, bo w końcu byłam odpowiedzialna za żywą istotę, ale to nie wystarczyło by wyciągnąć mnie z dna na którym się znajdowałam. Ilekroć lekko podrywałam się do góry, od razu spadałam roztrzaskując się niczym okręt o skały i tonęłam. Czułam się jak gdybym była po za swoim ciałem, jakbym stała obok siebie obserwując to wszystko co się dzieje i próbowała krzyczeć - NIE RÓB TEGO! To tak jak w koszmarach gdy budzisz się zlany potem po tym jak we śnie chcesz krzyczeć, a nie możesz wydać z siebie nawet szeptu... Próbowałam rozmawiać ze znajomymi, mówiłam, że jakoś nic mnie nie cieszy, ale każdy mówił - "A weź nie pierdol!. Myślałam że coś ze mną jest nie tak, ale w pewnym momencie zaczęłam nawet ich unikać. Było mi źle! Nie cieszyła mnie praca i to, że wreszcie dobrze zarabiałam, nie cieszyły mnie sukcesy, nawet motocykl przestał mnie cieszyć. Musiałam się zmuszać by wstać z łóżka... Pojawił się alkohol, dużo więcej wypalanych paczek papierosów w ciągu dnia... Na imprezach się śmiałam, dobrze bawiłam, poznawałam ludzi... ale nadal czułam, że to nie ja. Alkohol zagłuszał jednak to poczucie. Wszystkiego było coraz więcej, a mnie w tym wszystkim coraz mniej.  

Jedna impreza uświadomiła mi na jakim jestem dnie... uświadomiła mi jak cholernie się pogubiłam. 
Kilka dni później umówiłam się na wizytę do lekarza... 


Diagnoza? Głęboka depresja! 
Tak moje drogie... Zachorowałam na cholerną depresję! 

Nie, to nie była chandra... Nie, to nie był zwykły dół... Nie, nie przeszłoby jak przeziębienie tak jak wszyscy mówili! Nie przesadzałam, nie dramatyzowałam, cały czas usilnie szukałam pomocy i ukojenia, którego nie otrzymywałam. Tylko moja mama widziała, że coś jest nie tak, ale przecież ja wiedziałam lepiej co się ze mną dzieje. 

Od tamtego czasu biorę leki i powoli wracam do normy... 
A więc dlaczego to piszę? Tyle lat żyłam w nieświadomości, ja... absolwentka psychologii. Myślałam, że to samo przejdzie, że po prostu mam zły dzień, który przedłużał się do tygodnia, potem miesiąca, a potem roku... Podświadomie szukałam ratunku, szukałam pomocy, kogoś kto wskaże mi drogę... Jedna chwila zadecydowała o tym, że postanowiłam zebrać się do kupy i zacząć z tym gównem walczyć!!! Naprawiłam relacje z osobami, które mówiły mi żebym się ogarnęła, a ja traktowałam to wtedy jako atak na swoją osobę. Wszystko zaczęło się zmieniać... mam trochę więcej energii by przezwyciężać przeciwności losu i chcę walczyć! Chcę być tą osobą, którą pamiętam z przeszłości. 

Depresja to choroba, która we współczesnym świecie dopada coraz więcej osób, a która zbiera swoje żniwo niczym nowotwory. To śmiertelna pułapka! Żyjesz, funkcjonujesz, ale stoisz jakby obok i nie możesz nic z tym zrobić. Nie możesz zrobić nic by coś zmienić. Prowadząc bloga dostawałam od was wiele wiadomości, z których mogłam wyczytać jak głęboko niektóre z Was są pogrążone w smutku, w poczuci swojej niskiej wartości. Ten wpis dedykuje właśnie takim osobom... Kiedyś byłam przykładem zawziętej dziewuchy, która za wszelką cenę postanowiła schudnąć. Pomagałam Wam, motywowałam... Teraz chcę Wam także uświadomić, że gdy czujecie się źle, gdy czujecie, że jesteście w potrzasku i nic nie możecie zrobić chociaż chcecie, gdy pogrążacie się w swoich problemach, smutkach - NIE JESTEŚCIE W TYM SAME! Nigdy nie chciałam iść do psychiatry, nie chciałam chodzić na terapię, bo w końcu nie jestem wariatką... Przez lata myślałam, że sama sobie poradzę, albo że to samo przejdzie. NIE, NIE PRZESZŁO! 



"  Umiera się nie dlatego, by przestać żyć, lecz po to, by żyć inaczej. 

Kiedy świat zacieśnia się do rozmiaru pułapki, śmierć zdaje się być jedynym ratunkiem, ostatnią kartą, na którą stawia się własne życie.   " 

Paulo Coelho "Weronika postanawia umrzeć"





Babeczki!!! Niezależnie czy macie 15 lat, czy 30, a może 50... możecie czerpać radość z życia, możecie przeciwstawić się przeciwnościom i walczyć! Nie jesteście wcale wariatkami! Nie jesteście psychiczne! Nie różnicie się od innych! Po prostu jesteście chore!!! To prawie tak jak grypa... SAMO NIE PRZEJDZIE! Możecie zmuszać się do funkcjonowania, ale po jakimś czasie zauważycie, że wasze próby były tylko zwykła egzystencją, a nie życiem! Nie można uniknąć problemów... ale można z nimi walczyć dlatego nie wstydźcie się! Nie bójcie się! Niska świadomość depresji jako choroby powoduje, że wiele osób potrafi wpaść w nią tak głęboko, że nawet jest w stanie targnąć się na swoje życie. Nie czekajcie, aż będzie tak źle! Pozwólcie sobie pomóc! Już po kilku dniach odczujecie zmianę, aż wreszcie całkiem wyzdrowiejecie i znów będziecie silnymi babkami, które są gotowe na to co szykuje im los! 

Uwierzcie mi... nie było łatwo mi tego napisać, bo sama kiedyś czułam, że coś ze mną jest nie tak. Teraz walczę, szukam w sobie siły i wiem, że wygram!

Jeśli potrzebujecie pomocy napiszcie do mnie... Chętnie pomogę! Właśnie po to jest ten blog. Wypieprzamy wszystkie choroby, bo zdrowie jest piękne... Prawda? :) 

... TAK! Teraz mogę śmiało powiedzieć... 
MÓJ DROGI ŚWIECIE...WRÓCIŁAM! 
NA PRAWDĘ WRÓCIŁAM! 

Buziaki i do następnego <3




18 lutego 2015

Pielęgnacja włosów - LAMINOWANIE

Witajcie!
Już jakiś czas temu na Facebooku zamieściłam zdjęcie swoich włosów "po" zabiegu laminowania. Długo zastanawiałam się nad tym czy w ogóle próbować, ale uznałam, że nie mam nic do stracenia, a mogę tylko zyskać i... zrobiłam to! Desperacko potrzebuję zmian, potrzebuję poczuć się lepiej w swojej skórze, bo ostatnio znów nie jest kolorowo, ale dzień 'dbania o siebie' i już człowiek czuje się dużo lepiej! 




Na pielęgnacji włosów skupiłam się już dawno temu odstawiając na bok wszystkie drogeryjne kosmetyki, które zawierały parabeny, sls-y i silikony. Już od pierwszego zastosowania kosmetyków organicznych różnica była niesamowita, ale mnie to nie wystarczało. Przez ostatnie 2 lata wypróbowałam bardzo wiele różnych kosmetyków, ale tylko do trzech linii wracam regularnie.

Uwielbiam Love2Mix z Avocado - linię, która zapewnia efekt laminowania włosów podczas każdego użycia. Dla mnie numer 1!!! Włosy były potem gładkie i lśniące, a do tego sypkie i puszyste. Tego zestawu używałam na zmianę z Planetą Organicą i linią 'Aleppo', w której uwielbiam wszystko, od zapachu po efekt. Mam wrażenie, że dzięki tym kosmetykom moje włosy zaczęły rosnąć znacznie szybciej. Do tego także stosowałam Planetę Organicę 'Hammam', a także kilka innych, przypadkowo wybranych kosmetyków.




Oprócz standardowej pielęgnacji co jakiś czas olejowałam włosy przy użyciu oleju Khadi, ale po kilku miesiącach przestałam. Dlaczego? Nie miałam na to czasu! Olej zostawiałam na noc, a wychodząc do pracy o godzinie 6:30 ostatnią rzeczą, o której myślałam było poranne mycie głowy. Czasem nakładałam olej w weekendy gdy spędzałam noc sama, bo przecież nie będę pokazywać się facetowi z tłuszczem na włosach. Z resztą Khadi ma tak intensywny zapach, że wolałam nie ryzykować, bo w końcu nie każdy lubi takie orientalne nuty zapachowe. Ja uwielbiam!

Przez krótki okres stosowałam również płukanki z rumianku dzięki czemu moje kłaczki miały piękny, jasny, naturalny kolor, bo od listopada 2013 roku nie stosowałam już żadnej koloryzacji. 
Ogólnie nie miałam nigdy jakiejś tragedii na głowie mimo, że zawsze baaaaardzo dużo kombinowałam z włosami. Miałam już chyba prawie każdy kolor włosów, a do tego warkoczyki, trwałą i choć co jeszcze. Mimo tego wszystkiego moje włosy nie były bardzo zniszczone. Moim głównym problemem jest to, że mam włosy mieszane, które u nasady lubią się przetłuszczać, a na końcach są przesuszone. Do tego czasem pojawiał się łupież ze względu na bardzo twardą wodę.

Najgorsze jest jednak to, że moje złośliwe włosy są okropnie niezdyscyplinowane. Końce się puszą, włosy się odgniatają od gumek i spinek itd. Nie wspomnę już o tym jaki mam problem żeby w ogóle je ułożyć. Na te problemy pomogło mi właśnie laminowanie włosów, a efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania.  


LAMINOWANIE WŁOSÓW PO MOJEMU.

Na temat laminowania czytałam bardzo dużo i w zasadzie każda bloggerka pisała co innego. Niektóre dziewczyny skarżyły się, że ich włosy były po zabiegu tłuste, inne, że włosy zrobiły się matowe, albo wręcz przesuszone... Ja postanowiłam zrobić to po mojemu ( jak wszystko ;] ).




3 duże łyżki żelatyny rozmieszałam z niewielką ilością wody (około 5 łyżek) - przyznam, że robiłam to na oko. Gdy żelatyna mocno zastygła lekko ją podgrzałam w małym garnuszku i rozmieszałam z dwoma, trzema dużymi łyżkami ulubionej odżywki. Do tego dolałam łyżkę oleju Khadi i wymieszałam. Potem odstawiłam na chwilę i nałożyłam całą papkę na zwilżone włosy. Zawinęłam włosy w folię, i nałożyłam na wierzch ręcznik, a potem zajęłam się sprzątaniem. Po około 20 minutach włosy podgrzałam gorącym nadmuchem z suszarki. Następnie po około 30/40 minutach włosy umyłam samym szamponem i wysuszyłam jak zwykle. Efekt widoczny był od zaraz!


Poniższe zdjęcie przedstawia moje włosy przed laminowaniem i po: 


Być może na zdjęciu nie widać dużej różnicy, ale powiem Wam, że ja odczułam ją od razu!
Moje włosy zwiększyły swoją objętość, stały się o wiele bardziej puszyste i było to nawet widać na pojedynczym włosie. Włos był dużo grubszy niż wcześniej! Do tego włosy zrobiły się dużo prostsze, niemal jak po użyciu prostownicy, a nie były nawet naciągnięte na szczotce podczas suszenia. Jak widać na zdjęciu końce zrobiły się bardziej zdyscyplinowane i układały się w jedną stronę tak jak powinny. Śmieszne jest także to, że moje włosy bardzo szybko przestały pochłaniać zapachy z zewnątrz jak np. dym z papierosów, smog czy zapach jedzenia. Nie wiedziałam, że będę aż tak zadowolona po zabiegu, którego cena nie przekroczyła 2 zł. 


Na wiosnę planuję keratynowe prostowanie włosów, którym sama chcę się zająć tuż obok paznokci, które robię. Prawdopodobnie moje włosy będą pierwszymi, na których przeprowadzę ten zabieg z niewielką pomocą mojej mamy. Póki co praktycznie większość czasu i tak chodzę w czapce i mimo tego, że moje włosy się puszą to nie ma to dla mnie najmniejszego znaczenia. I tak dla moich kudełków nie ma nic gorszego niż kominiarka i kask na motocykl, a o prędkości nawet nie mówię. Ostatnim razem już zaplotłam włosy w warkocz by nie narażać ich na wiatr, ale niestety... po powrocie do domu ledwo je rozczesałam. No cóż... coś za coś, a ja za bardzo kocham motocykl by z tego zrezygnować. 

Powiem Wam, że warto spróbować z tym laminowaniem... a że zabieg powinno się powtarzać co jakiś czas to ja również mam takowy plan. Myślę, że 2 razy w miesiącu będę przeprowadzać go u siebie. Zobaczymy... może po kolejnym zastosowaniu efekt będzie jeszcze lepszy?

Ja bardzo lubię dbać o swoje włosy i choć naprawdę czasem mnie irytują to nie mam zamiaru ich obciąć! Skoro obiecałam sobie, że będę zapuszczać to się tego trzymam... a przynajmniej wreszcie powoli zaczynam rozumieć dlaczego mój mężczyzna uwielbia moje włosy! <3



A Wy stosujecie jakieś specjalne zabiegi by odżywić włosy? Może laminowałyście już kiedyś włosy? Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii... 
Buziaki! <3

10 lutego 2015

PAKEREM BYĆ czyli ja i moje suplementy

Witajcie!
Oczywiście tytuł posta traktujcie z duuuużym przymrużeniem oka, bo nie planuje zostać pakerem, a zyskać trochę więcej mięśni. Wreszcie udało mi się zebrać w sobie na 100% i zacząć ponownie walkę o lepszą siebie. Zapisałam się na siłownie, w którą powoli się wkręcam co baaardzo mi się podoba. Tym razem moim celem nie jest tak po prostu szczupła sylwetka, ale ładnie umięśnione kobiece ciało do lata. Staram się jeść regularnie i zdrowo i trenować, ale wiem, że to nie wszystko żeby uzyskać wymarzoną sylwetkę. Gdy zaplanowałam kupno suplementów białkowych i aminokwasów nagle z pomocą przyszła firma myprotein.pl



Myprotein Polska to firma znana mi od dłuższego czasu. Jakiś czas temu suplementy tej firmy poleciła mi jedna z Was, ale do tej pory regularnie stosowałam izolat białka serwatkowego Extensor. Teraz postanowiłam wypróbować coś innego. Tym razem skusiłam się głównie na białka smakowe, ale i na kilka innych produktów białkowych jak np. baza do naleśników, wafle i batony, a także przepyszne masło migdałowe, które już uwielbiam <3


Sam sklep internetowy jest bardzo przejrzysty i zamówienie wszystkich potrzebnych mi rzeczy nie zajęło dłużej niż 5 minut przy czym bardzo długo zastanawiałam się co dokładnie wybrać, bo asortyment sklepu jest bardzo duży i początkowo może przytłoczyć każdego. Najlepiej szukać po kategoriach czyli jak w moim przypadku "Dieta". Oczywiście nie wszystko co wybrałam zawiera się w tej kategorii, ale znaczna większość. Wielkim plusem sklepu jest to, że można wybrać sobie jeden z wielu smaków, albo zwyczajnie kupić białko bezsmakowe i np. mieszać je z dowolnymi owocami, jogurtami itd. Można również dopasować wielkość opakowania w jakim dostaniemy nasz suplement co bardzo się opłaca ze względu na to, że przy większej ilości cena jest znacznie niższa.

Jedynym minusem sklepu jest to, że przesyłka nie przyjdzie do nas z dnia na dzień ponieważ wysyłana jest zza granicy. Dodatkowo nie jest ona najtańsza, ale mimo wszystko warto wydać €3.95 gdy robimy troszkę większe zamówienie "na zaś". Ja zamówienie złożyłam w piątek w nocy, a przesyłka cała i zdrowia dotarła do mnie już we wtorek. Oczywiście przesyłkę niczym detektywi możemy śledzić na stronie. Istnieje także możliwość zmiany terminu dostarczenia przesyłki przez kuriera DPD.



Oto co zamówiłam sobie ja i co przez najbliższy czas będzie przedmiotem moich testów:
  • Myprotein MP MAX Elle Virtue Bar - Fruit Burst
  • Myprotein Impact Diet Whey - Double Chocolate 
  • Myprotein Impact Whey Protein - Toffee
  • Myprotein Impact Whey Isolate - Orange and Passionfruit 1KG Pomarańcza i marakuja 
  • Myprotein L Carnitine - 180 Tabs
  • Myprotein Impact Native Whey 95, Vanilla, Pouch, 
  • MyBar Deluxe - Toffee and Vanilla Crunch 12 Bars 
  • Iso:Pro97, Chocolate, 1KG Czekolada
  • Almond Butter Crunchy 1kg
  • Peptide BCAA, Tropical, 500g Tropical Storm 
  • Protein Pancake Mix, Maple Syrup, 500g
  • Protein Wafers, Strawberry, 10x40 Truskawka

Na chwilę obecną nie przetestowałam jeszcze większości produktów, ale z czasem będę mogła napisać Wam swoją dokładną recenzję. Mogę jednak polecić z czystym sumieniem dietetyczne batoniki proteinowe, a także wafle, które są świetną przekąską np. po intensywnym treningu.

Niestety nie miałam możliwości spróbowania wcześniej batoników MyBar Deluxe ponieważ nie dotarły do mnie od razu z niewiadomego powodu, ale na szczęście sytuację szybko udało się opanować i właśnie dziś odwiedził mnie kurier z kolejną przesyłką. Od razu rzuciłam się na batoniki i powiem Wam, że warto było na nie czekać... MNIAAAM!

Okaże się czy regularne stosowanie białka wspomoże mnie w budowaniu suchej masy mięśniowej i spalaniu tłuszczu. 

A Wy stosujecie jakieś suplementy dla sportowców? 
Buźki! i do "przeczytania" już wkrótce :) 

17 stycznia 2015

11. Krakowski Bieg Sylwestrowy

Witajcie :)

Wybaczcie, że posta na ten temat dodaję po 2 tygodniach od momentu odbycia się tej imprezy, ale ciągle liczyłam na to, że w internecie znajdę jakieś fajne zdjęcia z biegu i lepiej będę mogła zdać Wam swoją relację... 




Jak pamiętacie debiutowałam w 10. Krakowskim Biegu Sylwestrowym i od tamtego momentu postanowiłam brać udział w biegowych imprezach masowych. Niestety przez cały rok nie było imprezy, która przebiłaby Bieg Sylwestrowy... z oczywistych względów, a mianowicie... PRZEBIERAŃCY! Poprzednim razem moim strojem Barbie w pudełku zajęłam 5 miejsce, a jak było w tym roku? 





Powiem Wam szczerze, że już od 1 stycznia 2014 myślałam nad przebraniem, a pomysł pojawił się nagle po wakacjach... Nie miałam jednak kompletnie pomysłu jak zrealizować mój plan, ale UDAŁO SIĘ!

Rok 2014 żegnałam w przebraniu SYRENKI!!!!!! 



 Wymyślając przebranie nie sądziłam, że jego stworzenie będzie kosztować mnie (i nie tylko) tyle pracy. Z tego miejsca pragnę więc podziękować moim kochanym rodzicom: mamie, która szyła ogon i tacie, który pomagał przy konstrukcji mojego niemal 2 metrowego ogona. Dziękuję również mojemu chłopakowi, który... który... który siedział, marudził i pił whisky :D a tak serio, który również miał swój wkład w konstrukcję ogona, którą i tak musiałam poprawiać ;) Ach te chłopy...


Najpierw zamówiłam legginsy z rybią łuską przez allegro, które wyobraźcie sobie do dnia dzisiejszego nie dotarły, a wyraźnie pisałam, że potrzebuję ich na sylwestra! Potem kupiłam materiał i zamówiłam błękitną perukę... Ogon okazał się niemal niewykonalny, ale udało się go zamocować tak by nie wlekł się po ziemi i jednocześnie nie przeszkadzał w biegu. Mimo wszystko najbardziej czasochłonny okazał się biustonosz z muszelkami! Wzięłam swój stary, za duży strój kąpielowy i każdą pojedynczą muszelkę musiałam do niego dokleić klejem uniwersalnym. Sprawiało to spory problem, bo jak wiecie jestem posiadaczką sporego biustu i nie wystarczyło dokleić kilku muszelek, ale sporo więcej. Oczywiście wszystkie muszelki były przez nas zbierane na wakacjach nad morzem :) Do tego jeszcze trochę pracy nad płetwą i koroną.


Wszystko było zaplanowane i dopięte n ostatni guzik, a tuż po świętach prognoza pogody podawała około 5 stopni na plusie i słoneczko na dzień biegu. Niestety... Nie przewidzieli dużego ochłodzenia! Przeddzień biegu temperatura wskazywała -12 stopni co mnie kompletnie załamało, bo przebranie nie było przystosowane do takich temperatur. Musiałam więc wymyślić coś innego, ale skończyło się na kilku warstwach bluzek. Podobnie musiałam podziałać w przypadku nóg, bo przecież do ostatniej sekundy liczyłam, że legginsy do mnie dotrą.


Ciężka praca nad projektem przebrania się jednak  opłaciła, ale o tym za chwilę...

Podczas biegu spotkałam różne ciekawe przypadki takie jak UFO (pozdrawiam Cię Paweł!), człowiek z wnętrznościami na wierzchu, Kapitan Makrela czy choćby kobieta pod prysznicem! Były również zwierzątka, team Formuły 1 i samuraj z gejszą i nawet... Adam Małysz :) Było zimno, ale skutecznie rozgrzewaliśmy się przed startem przy genialnym przebraniu jakim był PIEC!!! Pomijam, że podczas biegu próbował mnie złowić pewien rybak, ale w rezultacie wystarczyła mu tylko rybka.

Warunki były trudne mimo, że świeciło słoneczko. Było zimno, baaaaardzo ślisko i co najgorsze MEGA CIASNO! W tym roku ponownie biegłam w Smoczej Piątce czyli biegu na 5 km gdzie trasa łączyła się z biegiem na 10 km. Trasa niestety była węższa niż w zeszłym roku przez co już po kilometrze mój ogon musiałam nieść w ręce, bo już na starcie urwała się jedna z taśm mocujących konstrukcję ogona na moich plecach.





BYŁO JEDNAK GENIALNIE!!! 
Ubawiłam się jak nigdy :) 

Konkurencja była ogromna, ale ku mojemu zdziwieniu zostałam wyczytana jako druga, a mój kolega kosmita w statku kosmicznym, który rok temu zajął pierwsze miejsce jako trzeci... 



TAK! Właśnie tak! Zajęłam 2 miejsce na najlepsze przebranie biegu!!!!
Spodziewałam się miejsca za podium, ale nie tego, ze stanę na podium i to na drugim miejscu! Podobnie zaskoczona była moja przyjaciółka, która przyszła mi potowarzyszyć. 




Wiecie co było najdziwniejsze? Musiałam wsiąść do samochodu z makijażem i przejechać tak 12 km! Miny kierowców gdy zdejmowałam okulary przeciwsłoneczne były przednie. Najśmieszniejszą sytuacją było jednak pójście do jednego ze sklepów w okolicy rynku w celu rozmienienia pieniędzy na parkomat. Kobieta ze sklepu prawie padła ze śmiechu, bo nie wiedziała dlaczego mam coś dziwnego na twarzy. Gdy przebrałam się w biurze zawodów samo przejście na Rynek Główny nie było już problemem, bo cóż... do wariatów świat należy :) Ludzie od razu zaczęli sobie ze mną robić zdjęcia!

Niektórzy nie rozumieją takiej formy zabawy, ale cóż... ja już teraz wymyślam nowe przebranie na kolejny rok :) 

P.S Wyobraźcie sobie, że wolałam pobiec w 11. Biegu Sylwestrowym niż pojechać na Sylwestra do Paryża z moim lubym!!! Tak, zdecydowanie nie jestem normalna. 


Rybie buziaki kochani :* CMOOOK!