Piekne Zdrowie - Blog o zdrowiu i urodzie

20 kwietnia 2013

Wzloty i upadki... każdy je ma, mam i ja!

Witajcie kochani!
Pogoda się troszkę zepsuła, ale mam nadzieję, że to nie odebrało Wam chęci do aktywności fizycznej, a wręcz przeciwnie! Ja wczoraj mimo tego, że miało padać wybrałam się na rower... Musiałam przejechać się do serwisu z zapowietrzonymi hamulcami, ale niestety nigdzie nie mieli dla mnie czasu więc postanowiłam sobie trochę pojeździć mimo braku możliwości ostrego hamowania. 

Jak się potem okazało zrobiłam prawie 33 km...

Jeździłam sobie powoli, bez celu aż usiadłam na mojej ulubionej ławce pod Wawelem i znalazłam na niej naklejkę "KOCHAJ ŻYCIE!" To prawie jak jakiś znak, bo wczoraj było ze mną bardzo źle. Wystarczyła jedna sytuacja by całkowicie moja pewność spadła do poziomu zerowego, ale zacznę od początku...

W środę miałam rozmowę o pracę, na której poszło mi świetnie pomimo tego, że nie spełniałam wszystkich warunków pracodawcy. Właściciel firmy był mną oczarowany i bardzo żałował, że nie mam wykształcenia jakie wymagał, ale nie wykluczał możliwości zatrudnienia mnie i tak i tak. Okaże się w maju czy dostanę pracę, ale to nawet nie ważne. Moja samoocena wzrosła w ciągu kilku chwil i wiedziałam, że nic mnie już nie zatrzyma. Nawet nie wiecie jak bardzo się myliłam... W czwartek spotkałam się z mężczyzną wręcz idealnym, z którym dosyć długo pisałam przez internet i uprzedzałam go, że jestem totalną wariatką i straszną gadułą. Byłam niesamowicie szczęśliwa gdy otrzymywałam każdą kolejną wiadomość, ale wygląda na to, że wszystko prysło jak bańka mydlana. Spotkaliśmy się na spacer, bo pogoda była do tego wręcz stworzona. Niestety już po powrocie do domu czułam, że coś będzie nie tak... Nie myliłam się! Moja pewność siebie spadła poniżej zera w ciągu kilku sekund, bo uświadomiłam sobie, że daleko mi do ideału, i że On się już nie odezwie, bo nie zasługuję na to.

Mam wrażenie, że powróciłam do punktu wyjścia... 
Znów zaczęłam się zadręczać, że na nic nie zasługuję, bo wyglądam po prostu źle!
Musiałam wczoraj coś ze sobą zrobić by wyładować tą złą energię i przestać myśleć chociaż na chwilę. Dlatego właśnie wzięłam rower i już po powrocie do domu wypompowana z całej energii poczułam błogość! Uwolniłam się od złych emocji i pozbyłam negatywnej energii. Endorfiny potrafią zdziałać jednak cuda!

Jeśli potrafię znaleźć w sobie tyle siły by wyjechać pod górę na rowerze, by ćwiczyć z ciężkimi hantlami, by nosić naprawdę ciężkie zakupy i prowadzić samochód jak facet to znajdę w sobie tyle siły by pokochać życie i czerpać z niego garściami! Taki mam właśnie zamiar!

Może się tylko oszukuje, ale...
...teraz może być już tylko lepiej!
Nie pozwolę by jedna osoba zepsuła to na co pracowałam przez cały rok, ale to uświadomiłam sobie dopiero wczoraj! Choć pojawiła się złość i łzy to teraz wiem, że tak po prostu musiało się stać, choć nie tracę nadziei...

Przywykłam, że zawsze gdy czegoś bardzo pragnę to to się nie udaje, więc pora zmienić taktykę...
Kiedyś może trafię na kogoś kto zaakceptuje mnie w pełnym pakiecie... ze wszystkimi zaletami, ale również wadami. Nie ma co się zmieniać dla kogoś, nie ma co walczyć na siłę o odrobinę akceptacji.

Dostałam motywacyjnego kopa w tyłek!
Wszystko co teraz robię, robię tylko dla siebie... przestanę się zastanawiać nad każdym swoim krokiem, przestanę planować i analizować, bo to nie ma najmniejszego sensu. 
Zdrowy egoizm to to do czego dążę!

Czytam wiadomości od Was, często bardzo osobiste więc postanowiłam napisać ten post...
Początkowo gdy postanowiłam coś zmienić w swoim życie robiłam to dla "świętego spokoju", po to by inni przestali się mnie czepiać i by udowodnić im, że potrafię się zmienić, że potrafię być lepsza! Teraz dopiero zaczynam to robić całkowicie dla siebie, a nie po to by podobać się innym, bo przecież gdy nie chcą to nie muszą patrzyć... Pora zadać sobie pytanie co tak naprawdę nami kieruje gdy postanawiamy się zmienić i zadbać o siebie, o swoją figurę. Jeśli robicie to dla kogoś to przestańcie, bo niepotrzebnie będziecie cierpieć...

Jeśli teraz nie jesteśmy dla kogoś wystarczająco dobre, to widocznie nigdy nie będziemy, bo ten ktoś nie zasługuje na kogoś takiego jak My... Niektórym ludziom nigdy nie będzie dosyć i ciągle będą oczekiwać czegoś więcej... Od takich ludzi najlepiej trzymać się z daleka. 



A tymczasem trochę się pocieszę... 


Moje życie to istny rollercoaster... raz na górze, a chwilę później w totalnym dole... Jednak nie załamię się, bo mam coś o wiele cenniejszego... Siłę do przezwyciężania tych wszystkich przeciwności losu... 

17 kwietnia 2013

Szorty, szorty, szorty... OPANOWUJĄ ŚWIAT!

Szorty, szorty, szorty! 
Wszędzie prześladują mnie szorty, a konkretnie tyłki w szortach! Takich super, sexy, przecieranych, jeansowych szortach, no zwariować idzie! Szorty opanowują planetę! :) Czy odważę się zafundować sobie takie mega krótkie? Może odrobinę dłuższe? "No nie wiem, nie wiem - sucho ma ta palma" :)

Bredzę prawda? 
To nadmiar słońca rzucił mi się na mózg, który jeszcze po chorobie nie odzyskał pełnej sprawności! :)


Mówiąc jednak tak całkiem serio to to jest coś do czego dążę i w czym chciałabym wyglądać, a co najważniejsze CZUĆ SIĘ DOBRZE. Do tej pory mogę ubrać krótkie spodenki, ale myślę, że wizja mojej przelewającej się, szyderczo dyndającej z tyłu i żyjącej własnym życiem pupy nie dawałaby mi spokoju i po chwili szorty zastąpiłabym czymś dłuższym, najchętniej chyba habitem, albo workiem pokutnym byleby się tylko nie rzucać w oczy!
Kiedyś uwielbiałam się rzucać w oczy, a teraz najchętniej schowałabym się pod ziemię... W końcu zawsze znajdzie się ktoś kto powie mi, że te prawie 8 miesięcy mogę sobie właśnie w ten tyłek wsadzić, bo nie przyniosły żadnego efektu. W zasadzie to tak jak pisałam Wam w poprzednim poście minął nawet rok, a nie tylko kilka miesięcy. Boję się, że ktoś może mi powiedzieć, że ten czas był czasem straconym, a mój tyłek w dalszym ciągu nie nadaje się do ekspozycji.

W zasadzie mam jeszcze trochę czasu, bo krótkie spodenki założę pewnie dopiero na przełomie czerwca i lipca. W tym roku wakacje zacznę dopiero po ostatnim weekendzie lipca, a do tego czasu mam jeszcze około 100 dni, a to może być nawet 80 kolejnych treningów gdyby ćwiczyć niemal codziennie. Mogę jeszcze bardzo dużo zdziałać przez ten czas, ale czy nie zabraknie mi motywacji?

To głupie, ale naprawdę mi na tym niezwykle zależy, bo takich mega krótkich spodenek nie nosiłam już chyba od ogólniaka, a trochę lat od tamtych czasów minęło. Zwycięży lęk przed wygłupieniem czy chęć poczucia się jak w tych bardzo odległych czasach? Jak myślicie?


Powoli wracam do życia i... treningów! Chcę to wszystko trochę zintensyfikować! Ostatnie tygodnie nie były zbyt aktywne mimo, że tak właśnie planowałam. Teraz muszę odrobić te zaległości więc więcej czasu poświęcę ramionom, brzuchowi i oczywiście dolnym partiom ciała jak uda i pupa. Do tego mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić odrobinę więcej cardio, bo przecież mój rower, buty do biegania i rolki czekają aż wyzdrowieję.


W zeszłym roku próbowałam za wszelką cenę schudnąć do sukienki w rozmiarze 42, którą kupiłam... W przymierzalni zapięłam się w nią z trudem, ale udało się. Po 2 miesiącach leżała idealnie, a teraz nawet boję się ją ubrać. W tym roku celem samym w sobie okazują się być spodenki, o które będę walczyć!

Strasznie się w poniedziałek załamałam gdy stanęłam na wadze, a ta pokazała ponownie więcej niż wcześniej! Pomijam już to jak wyglądało moje odbicie w lustrze, bo byłam opuchnięta, zmęczona i chora! Jeszcze bardziej zapragnęłam tej lepszej wagi z 6 z przodu, ale wierzę, że to już wkrótce nastąpi. W czerwcu idę na wesele przyjaciółki więc muszę wyglądać idealnie w kiecce jaką sobie wymarzyłam. To kolejna dawka motywacji dla siebie samej.


Piszecie mi często, że nie potraficie odnaleźć motywacji, że nie macie tyle samozaparcia by zacząć... 
BZDURA! 
Wystarczą najprostsze rzeczy by odnaleźć motywacje, ale o tym napiszę Wam już w kolejnych  postach. 

Mnie motywują bardzo proste rzeczy i nawet gdy czuję, że już nie odnajdę w sobie energii by znów zadziałać i powalczyć to po chwili ona wraca. Teraz wiem, że będę miewać częste chwile zwątpienia i skoki nastrojów, ale będę wracać nawet po największych załamaniach. Przecież mi też nie zawsze chce się ćwiczyć i czasem mam ochotę zjeść coś niezdrowego, ale jestem tylko człowiekiem. Zupełnie tak jak TY!

Trzymam kciuki za Was, byście też odnalazły swoją nieustającą motywację!



P.S Jakie szorty najchętniej byście przygarnęły? Ja uwielbiam te ze zdjęć powyżej, ale jest tyle innych możliwości, że chyba nie potrafiłabym się zdecydować tylko na jedne! :) Oczywiście o ile mój tyłek będzie się na ich noszenie nadawał, ale wierzę w to! 


16 kwietnia 2013

MOTYWACJA - Do czego dążę? czyli 100% samozadowolenia, a nie tylko samoakceptacji!

Witajcie!
Tak sobie wczoraj siedziałam i wspominałam dawne czasy, który wbrew pozorom wcale  nie są aż tak "dawne", bo to było raptem kilkanaście miesięcy temu. Przeglądałam zdjęcia, których nie ma dużo. Jakoś podświadomie nie pozwalałam robić sobie zdjęć, ale mimo wszystko wmawiałam sobie i innym, że czuję się ze sobą dobrze pomimo tego ile ważę. Miałam wrażenie, że 1 kg w tą czy w tamtą to żadna różnica, ale te kilogramy zaczęły się kumulować i 1+1+1+1.. już nie był taki niezauważalny. Nie mogę uwierzyć jak wiele się teraz zmieniło...


Faktycznie nie czułam się źle w swoim ciele, bo pozowałam do zdjęć, brałam udział w pokazach no i nosiłam naprawdę różne ciuchy. Może nie czułam się wyjątkowo dobrze np. w kostiumie kąpielowym, ale wychodziłam z założenia, że nie zawsze muszę wyglądać idealnie. Kiedyś w końcu byłam szczupła, a i tak wszyscy wyzywali mnie od grubasów. Nie ważne więc czy ważyłam 60 kg czy 80, bo zawsze czułam się kiepsko w swoim ciele choć nie było tego po mnie widać. Tak naprawdę to jak wyglądamy zależy tylko od nas i nie mówię tutaj o trybie życia, diecie czy treningach. Czasem wystarczy zaakceptować to, że się nie jest idealnym, bo co to w ogóle znaczy? Każdy z nas ma wizję ideału, celu do którego dąży. Inspirujemy się zdjęciami gwiazd, modelek czy choćby pięknych fit dziewczyn, ale jedno jest pewne!
NIGDY nie będziemy nimi, bo każda z Nas jest SOBĄ... Jesteśmy inne! Nawet gdy mamy takie same wymiary jak osoba, która stoi obok to zawsze będziemy wyglądać inaczej. Nasz wygląd zewnętrzny to nie tylko zasługa perfekcyjnego ciała, idealnych wymiarów, ale głównie samopoczucia! Pisałam już kiedyś o tym jak pozytywne myślenie zmieniło moje życie i to się dzieje nadal. Gubiąc kilogramy odzyskałam optymizm i siebie. Wcześniej byłam przykryta tą warstwą tłuszczu i to do tego stopnia, że nie mogłam pokazać jaka jestem naprawdę. Byłam wycofana i w zasadzie przestałam się udzielać społecznie, bo nie miałam odwagi. Oczywiście nikomu nie pokazywałam tego, że czuję się źle, bo... wcale się źle nie czułam! Zaakceptowałam to jak wyglądam, bo przecież nie będę rwać sobie włosów z głowy z powodu tego, że wyglądam jak wyglądam.

Ok, mogę schudnąć, 
Ok, mogę wyrzeźbić ciało, 
OK, mogę wyglądać BOSKO! 
... ale i tak nie będę chyba w pełni zadowolona, bo jestem kobietą!
Mimo, że akceptuję to jak wyglądam i polubiłam swoje wady, które dla niektórych byłyby zaletami. Myślę tutaj o mojej budowie anatomicznej czyli choćby o moim monstrualnym biuście, który wcale nie wynika z nadmiaru kilogramów. Gdy ważyłam 59 kg nosiłam biustonosz w rozmiarze 75E, a wcześniej, w gimnazjum gdy ważyłam 54-56 kg nosiłam 75DD przy trochę niższym wzroście, bo ok. 168 cm. Zawsze był ten biust, ale gdy brafiterka dopasowała mi biustonosz w rozmiarze JJ to znienawidziłam tą cechę u siebie jeszcze bardziej. Nie wszystko w swoim ciele lubię, ale nie nazwałabym tego kompleksami... Po prostu tego nie lubię i już! Potrafię podkreślić niektóre cechy zewnętrzne tak by z kompleksów stały się moimi atutami.


Gdybym miała zbudować model idealnego ciała to nie wiem co bym wybrała... Czy wolałabym wyższy wzrost czy niższy? Mniejszy czy większy biust? Dłuższe czy krótsze nogi? Nie wiem! Czasem irytuje mnie to, że jestem wysoka, bo lubię nosić mega wysokie obcasy (czasem nawet 14cm) i w takich butach jestem normalną żyrafą! Niemal każdy facet wchodzi mi wtedy na stojąco pod pachę, a to - uwierzcie - bywa bardzo irytujące... Bywają jednak dni kiedy ten wzrost zupełnie mi nie przeszkadza, bo wtedy z kolei mówię sobie jak źle czułabym się mając 150 cm wzrostu. Podobnie jest z biustem czyli moim największym kompleksem... Chciałabym by był mniejszy, ale jednocześnie uważam go za mój atut. Ja mogę go nie lubić, ale wiem, że to cecha, która lubią inni, np. faceci (z oczywistych względów).
Cóż, czasem trzeba zaakceptować u siebie pewne cechy fizyczne i nie próbować ich za wszelką cenę zmienić. OCZYWIŚCIE! Zmienić możemy wszystko choćby skalpelem, ale po co? Czy aby wtedy poczujemy się dobrze? A co jeśli wtedy będzie jeszcze gorzej? Ja byłam bardzo bliska wpakowania się pod skalpel, ale w dalszym ciągu coś mnie powstrzymuje...

Najważniejsze jest jednak to jak się czujemy ze sobą, bo gdy ktoś zauważy nasze starania w np. ukrywaniu pewnych cech fizycznych to od razu rośnie nasza samoocena! Bywa, że ciuchy, które uwielbiam wyglądają na mnie koszmarnie, ale są dni gdy czuję się w nich jak supermodelka. To nie waga ma tutaj największe znaczenie, bo przecież nie chudnę z godziny na godzinę.

Wyznaczyłam sobie cel, ale nie osiągnę go... Mogę się tylko do niego zbliżyć, bo wiem, że ciało samo będzie się zachowywać tak jak tego chce. Nie mam na to wpływu. Mogę chudnąć i gubić kilogramy, centymetry, ale nie zagwarantuje sobie, że np. zrobi mi się piękne wcięcie w talii, a brzuch się ładnie wymodeluje.

Ja nadal nie lubię siebie, mimo, że zrzuciłam 10 kg i wchodzę w spodnie, w których dokładnie rok temu nie mogłam przeciągnąć przez biodra, a jeszcze 2 miesiące temu się nie zapinały... Cieszę się, ale jednocześnie dołuje, że to jeszcze nie ten ideał do którego chcę się upodobnić. Błędne koło! Powoli jednak uświadamiam sobie, że cieszę się, że przytyłam i podjęłam walkę. Kiedyś traktowałam się jak śmietnik i prowadziłam bardzo niezdrowy tryb życia, a ważyłam 60 kg. Tą walką wzmocniłam swój charakter! Wreszcie zaczynam doceniać siebie i cieszyć się z drobiazgów typu wejście w stare jeansy! Wcześniej gdy wchodziłam w te spodnie to i tak czułam się źle... miałam setki powodów, dla których mogłam i tak nienawidzić tego jak wyglądam, a teraz wszystko się zmieniło. To naprawdę dziwnie brzmi, ale cieszę się, że przytyłam, że się obudziłam, i że teraz mogę docenić każdą utratę kilograma... To taka forma celebracji nowego trybu życia! Pełna akceptacja mimo, że chciałabym wyglądać jeszcze lepiej, doskonalej... Nawet gdybym wyglądała jak te moje FITspiracje to i tak nie będę się cieszyć. Znajdę zawsze setki powodów, dla których miałabym być niby gorsza od innych.


Dokładnie rok temu, w KWIETNIU postanowiłam zadbać o siebie i wtedy ostatni raz zobaczyłam na wadze 8 z przodu! Właśnie w kwietniu rozpoczęłam cały proces i stopniowo gubiłam kilogramy. Dzięki temu bardzo powolnemu postępowi moja skóra nie wisi, a rozstępów prawie w ogóle nie widać, a 10 kg zniknęło ot tak! Nie osiądę na laurach, bo wierzę, że gdzieś w środku jest we mnie taka kobieta, która pewnego dnia stanie przed lustrem i powie "zajebista ze mnie laska" i będzie to całkowicie szczere i niewynikające tylko z czystej samoakceptacji. 

Rok temu byłam tam gdzie niektóre z Was są w tym momencie... NA STARCIE, a teraz jestem o wiele kroków dalej! Czy META w ogóle istnieje? Walczę, bo chcę sobie udowodnić, że tak!

Czego życzę sobie na kolejne miesiące? Tej 6 z przodu i wierzę, że prędzej czy później się ona pojawi i już nie zniknie :) (no chyba, że na rzecz 5, ale nie wiem czy bym tego chciała). 

A czego Wy sobie życzycie na kolejne miesiące?
Zróbmy wszystko by w 100% móc kochać siebie, a nie tylko akceptować... 
Ściskam 

15 kwietnia 2013

Wracając do życia... KOSMETYCZNIE!

Witajcie!
Wygląda na to, że wiosna zagościła się u Nas na dobre... no przynajmniej na najbliższy tydzień, bo potem znów mamy mieć lekkie ochłodzenie, ale liczę na to, że śniegu już nie zobaczymy przez co najmniej najbliższe kilka miesięcy :) Wreszcie mamy taką aurę, że możemy sobie pozwolić na jakieś outdoorowe aktywności co niezwykle mnie cieszy! 

Ja niestety nadal choruję więc jeszcze nie do końca mogę wykorzystać tą piękną pogodę, ale w sumie wolę się wyleczyć do końca żeby potem móc wiosnę "czerpać garściami"! Mam nadzieję, że chociaż Wy będziecie korzystać, aż do momentu gdy słońce schowa się za chmurami.


Wczoraj po tygodniu leżenia wybrałam się na krótki spacer, bo i tak musiałam uzupełnić swoje zapasy żywnościowe. Cudowne uczucie móc wreszcie skorzystać ze słoneczka! Do tego postanowiłam powoli zacząć wracać do treningów, bo moja waga niestety skoczyła nie w tym kierunku, w którym powinna. Trudno się dziwić skoro przez tydzień praktycznie tylko leżałam i leczyłam się naturalnymi metodami jak cebula z cukrem czy herbaty z miodem. W sumie przez ten tydzień zjadłam pół wielkiego słoika miodu, a to więcej niż przez całą zimę. Na szczęście już powoli zaczyna mi przechodzić, bo ileż można chorować?


Ten tydzień zaczął się bardzo pozytywnie, a to wszystko Wasza sprawka - moich czytelniczek. W piątek listonosz przyniósł mi przesyłkę z prezentem od mojej czytelniczki Wioli, która jest konsultantką firmy Avon. Dostałam od Wioli krem na cellulit: Solutions CelluBREAK, który podobno jest bardzo fajny i skuteczny. Ostatnio pisałam Wam, że biorę się ostro za siebie... zaczęłam dbać o ciało, o paznokcie, o włosy! Wcześniej stosowałam kosmetyki do ciała Eveline, które jak dla mnie są absolutnym hitem, a kosmetyków z Avonu nie kupowałam już dobre 10 lat. Kiedyś sama byłam konsultantką, ale po jakimś czasie kosmetyki tej firmy przestały mi służyć i jakoś już się na nie potem nie natknęłam. Po kilku zastosowaniach lotionu CeluBREAK muszę przyznać, że to bardzo fajny kosmetyk! Skóra już po pierwszym użyciu stała się gładka i miękka w dotyku. Jestem bardzo ciekawa jakie efekty uzyskam po dłuższym i regularnym stosowaniu kosmetyku, który niestety na wiele aplikacji nie starczy, bo to tylko 150 ml.


Dziś listonosz odwiedził mnie ponownie (biedny się nachodzi) przynosząc przesyłkę od kolejnej czytelniczki Eweliny, która prowadzi firmę Magnitica Lashes. Od Eweliny dostałam do przetestowania odżywkę do rzęs FEG. Idealnie, bo akurat wypowiedziałam wojnę moim rzadkim brwiom i wypadającym rzęsom. Mam nadzieję, że odżywka przyniesie oczekiwane efekty. Oczywiście więcej na temat odżywki i efektów napiszę Wam za jakiś czas. Do tej pory smarowałam brwi i rzęsy olejkiem rycynowym więc sama jestem ciekawa działania tej odżywki.

BARDZO WAM DZIEWCZYNY DZIĘKUJĘ ZA TE PREZENTY! 





Może Wy macie jakieś sprawdzone sposoby na piękne brwi i rzęsy, które mogłybyście polecić?


Od 3 tygodni używam również odżywkę do paznokci Eveline S.O.S, której stosowanie przynosi oczekiwane efekty! Paznokcie przez ten czas się bardzo wzmocniły i urosły. Niestety jeden wyjątkowo często się łamie i pęka i muszę go skracać niemal do zera. Pełne efekty działania odżywki pokażę Wam już wkrótce, a tymczasem i tak postanowiłam kupić sobie NailTek. Mam nadzieję, że już niedługo będę mieć długie i zdrowe pazurki w pięknym, letnim kolorze!



Dziś znów postawię na lekki trening i zapewne podobnie jak wczoraj wsiądę na rowerek treningowy. Powróciłam również do mojego "pośladkowego" wyzwania z MEL B i wczoraj wreszcie zrobiłam dzień 3. Jestem sporo za Wami, ale mam nadzieję, że jeszcze Was dogonię... 

Mam nadzieję, że nie przerwałyście wyzwania i będziecie się miały czym pochwalić! 
Więcej o wyzwaniu możecie przeczytać: TUTAJ!
Jeszcze nie jest za późno by się przyłączyć choćby na FB: 
facebook.com/events/158904034271802

DO LATA, KRÓTKICH SPODENEK I MINIÓWEK CORAZ BLIŻEJ!
Do dzieła kochane!
Nie ma na co czekać!