22 listopada 2018

Co u mnie słychać...

Witajcie

Jeszcze do niedawna sądziłam, że tu już nie wrócę, ale jednak zdecydowałam, że blog był moją główną grupą wsparcia i nie mogę ot tak się tego wsparcia pozbawić. 

Więc jestem z powrotem... 

Kochane... dostałam od Was bardzo dużo wiadomości po moim rozpaczliwym poście dotyczącym ciulowego samopoczucia przy hashimoto i wielu burzliwych zdarzeń z mojego życia prywatnego. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego odzewu i muszę Wam bardzo, ale to bardzo mocno podziękować! To dla mnie niezwykle ważne. Dlaczego? Bo ilekroć się poddaje przypominam sobie jak bardzo mnie wspierałyście bym wygrała z tym cholerstwem i tylko to jeszcze jakoś trzyma mnie w całości. 



W moim życiu zaszło wiele zmian, ale to dopiero kropelka w oceanie do zmian właściwych. Ostatnio borykam się ze zwyczajną, szarą codziennością, problemami finansowymi, kredytami... no kto tego nie zna. Moim życiem zawładnęła miłość... czasem mniej lub bardziej toksyczna, ale jestem już w takim wieku, że nie wierzę w "żyli długo i szczęśliwie". Jeszcze do niedawna chciałam się dla niego zmieniać... był moja główną motywacja w walce o siebie, ale wiecie co? Pierdole to! Przecież ja żyję dla siebie! To ja czuje się ze sobą źle więc pora wreszcie coś z tym zrobić. Od diagnozy minęło już trochę czasu... była intensywna walka, potem etap zaprzeczenia, że leki, dieta i wszystko jest gówno warte, bo przecież nie widzę u siebie żadnej poprawy. Potrzebowałam wiele czasu by przestać użalać się nad sobą, że akurat mnie to dopadło, bo przecież zapalenie tarczycy nie bez przyczyny zyskuje miano choroby cywilizacyjnej. Powoli kieruje się na dobre tory... przestaje obrzucać się poczuciem winy gdy coś mi nie wychodzi, bo przecież to nie na tym polega. Małe kroczki... i do celu! Nie popadam w euforie, że tak, oczywiście, wyleczę to gówno z dnia na dzień. Nie! Wiem, że to wymaga kupę czasu i zaakceptowania, że właśnie taka jestem. Każdego dnia układam sobie w głowie fakt, że przecież nie jestem z tym wszystkim sama. Zaakceptowałam to. Tak widocznie musiało być. Niestety... moja tarczyca jest w tragicznym stanie. Rzuciła się na cały mój organizm... Trudno będzie ją pozbierać do kupy tym bardziej, że każdy endokrynolog i dietetyk mówi mi zupełnie co innego. Najgorszym z możliwych objawów hashimoto jest mój stan psychiczny i nerwy. Wystarczy drobny szczegół by wyprowadzić mnie z równowagi. Zapalenie tarczycy obdarło mnie całkowicie z kobiecości, z poczucia własnej wartości... Patrze w lustro (o ile w ogóle patrze) i widzę kogoś zupełnie innego. Kiedyś nie miałam takiej ilości kompleksów, a teraz? W mieszkaniu przeprowadziłam diametralny remont i wiecie co? Nie kupiłam nawet porządnego lustra by móc się w nim przejrzeć przed wyjściem. To coś silniejszego ode mnie. Pokonuje mnie za każdym razem gdy tylko się widzę i chociaż usilnie próbuje funkcjonować jak kiedyś to nie potrafię.

Gdzie podziała się ta maniaczka zdrowego trybu życia? 
Jest tu nadal... 
Widzicie... w dalszym ciągu patrze co kupuję, nie jem chemii, staram się unikać fastfoodów, słodyczy... Dbam o to co jem, chociaż ostatnimi czasy jadłam bardzo niewiele, bo organizm mi na to nie pozwalał i jakkolwiek to zabrzmi, zwracałam wszystko co w siebie wrzuciłam. Teraz jest już lepiej. Przyjmuje pokarm, ale w bardzo niewielkich ilościach. W każdym razie z jakości spożywanych produktów nigdy nie zrezygnowałam dla tańszych odpowiedników naszpikowanych chemią.

Najgorszy jest brak ruchu, ale nawet gdy ruszam się dużo więcej to efektów brak. Niedawno wybrałam się nawet na Turbacz z moją przyjaciółką i muszę przyznać, że brakowało mi takiego wysiłku. Moim problemem aktualnie nawet nie jest lenistwo... Bardziej brak sił i mówię to dosłownie. Potrafię przespać całą noc i cały dzień i ciągle czuje zmęczenie. Gdy mam większą ilość energii to najczęściej blokuje mnie czyjaś obecność podczas treningów czyli jak się pewnie domyślacie jestem w takiej fazie, że aktywność fizyczna publicznie jest dla mnie nie do przeskoczenia.

Wpadłam w błędne koło... ale jestem już bliżej niż byłam do przepracowania tego. 

Po prostu funkcjonuje z dnia na dzień, nie ustalam sobie żadnych celów, bo wiem, że ich niezrealizowanie tylko mocniej mnie sfrustruje. Do zrzucenia mam dokładnie 20kg i przeraża mnie ta liczba. U siebie w mieszkaniu nie mam wagi, ale coś mnie podkusiło by stanąć na wadze u rodziców i okazuje się, że ważę 89,2 kg przy moim 175cm wzrostu. Może to nie jest nie wiadomo ile, ale obawiam się, że na tym się nie zatrzymam. Mimo wszystko zauważyłam jednak, że trochę ostatnio zrzuciłam... Nawet mój facet to potwierdził, a on jest w tej kwestii wyjątkowo wyczulony. Widać to również po niektórych ciuchach jak np. moim kombinezonie na moto, w który jeszcze do niedawna w ogóle się nie mieściłam. Powiem Wam, że myślałam, że jestem na podobnym etapie jak wtedy... spodziewałam się może 85kg, ale nie prawie 90!!! Kompletnie tego nie odczuwam!!!

Ale... (i tu wiadomość do Was) zrobiłam zdjęcia... zważyłam się.... zrobiłam pomiary...
Jeśli po pierwszym miesiącu zobaczę różnicę to podzielę się nią z Wami... Może to mnie zmobilizuje by jednak zrobić co w mojej mocy i powalczyć o siebie.

Przyznam się, że wczoraj nawet miałam jakiś wzrost wiary w siebie i ogólnego samopoczucia i śmiałam się, że ja schudnę i jest to realne, że w pierwszy miesiąc polecę mocno z wagi... a mój facet mimo iż twierdzi, że ma super genetykę i gdyby tylko chciał to w sekundzie wróci do boskiej sylwetki to jakoś tego nie widzę :) W efekcie będzie tak, że ja zacznę chudnąć, a on tyć... No cóż, los bywa przekorny.



I tym wesołym akcentem skończę Was dziś zanudzać... Mam nadzieje, że mój niecny plan podbicia świata się uda i że za równy miesiąc zobaczycie pierwsze porównanie... 

Buziaki :*